zwyczajne życie

...

SPIS TREŚCI

CZĘŚĆ I (z prekonstrukcji): opowieść z prekonstrukcji, w tym: (koty) .:. (zwyczajne życie) .:. (o...) .:. sklepik z (nie)istniejącymi pamiątkami
CZĘŚĆ II (w drodze): w drodze, w tym: (bo...)
CZĘŚĆ III (we fragmentach): we fragmentach, w tym: (wykład) .:. (rekolekcje) .:. (wygraj szczęście) .:. (dzień składania komplementów) .:. (próba) .:. -z-





ROZDZIAŁ 1.

Istnieją na świecie tacy ludzie… którzy woleliby nie istnieć…

* * *

“codziennie dorastasz nie zdając sobie z tego sprawy, aż pewnego dnia dociera do Ciebie, że granica która dzieliła Cię od całkowitej dorosłości musi zostać zatarta – nadchodzi dzień próby, który wprowadzi Cię w nowy świat – nie jesteś już niczego pewien i nie możesz wciąż polegać na starych i sprawdzonych ścieżkach – dorastanie staje się samotną wędrówką w nieznane… idź więc… żyj więc… jeśli potrafisz…”

* * *

Był zwykły, szary poranek… Leżałem bezsilnie na łóżku patrząc jak śpi z tym swoim spokojnym uśmiechem na ustach wskazującym na to, że śni się jej jakiś przyjemny sen… Gdybym tylko znalazł sposób, żeby zatrzymać tę chwilę, zatrzymać czas… choćby na minutę, godzinę, choćby na kilka dni…

Wiele razy widziałem ludzi przytłoczonych tak niewyobrażalnym ciężarem, którego zwyczajny człowiek zdaje się nie być w stanie udźwignąć. Wyglądali wtedy na takich samotnych w obliczu decyzji, którą mieli właśnie podjąć, zmęczonych, nadmiernie doświadczonych przez los… Zupełnie jakby ktoś odebrał im prawo do radości, do życia…

Wtedy myślałem, że mnie nigdy coś takiego nie spotka, że to nie możliwe… Że ja jestem młody, silny, zakochany, wiem czego chcę… i że tak będzie całe życie… Rodzice co prawda wspominali od czasu do czasu: “Zobaczysz, jeszcze jesteś młody, ale jak podrośniesz życie będzie wyglądało inaczej, nadejdzie czas podejmowania naprawdę trudnych decyzji”… Ale ja im nie wierzyłem… Cóż oni mogli wiedzieć na temat życia…

Jaką większą od mojej mogli posiąść wiedzę… Jakie zrozumienie… Teraz wiem, że było to czyste zrozumienie czasu… Człowiek jak bardzo by nie chciał żyje czasem… Uczy się siebie i świata dzięki temu, że z każdym momentem jest go coraz mniej, z każdym momentem jego decyzje stają się bardziej ważące na jego przyszłym losie…

To wszystko jest strasznie zagmatwane i wymaga poukładania… spokojnego ułożonego katalogu minionych chwil…

Ale to niemożliwe – z każdą minutą coś nowego, tysiące, miliony wrażeń, dziesiątki spotkanych ludzi, setki przemyśleń, tuziny rozmów…

To wszystko jest bardzo trudne dla nastolatka… młodego człowieka… starca…

Życie nigdy nie jest proste, łatwe i przyjemne… I być może na tym polega jego smaczek… Że jest… I że się je czuje…

* * *

Dawniej… dawno temu… spotkałem dziewczynę, w której się zakochałem…

Wiele spraw na głowie nie daje spokoju… Ale trzeba żyć dalej i wierzyć, że każda minuta która oddala przybliża, każda która zabiera daje…

* * *

Tak zaczął się tamten dzień. Tysiące przemyśleń w przeciągu jednej chwili przeciągania ramion. Jeszcze przed wstaniem wiedziałem, że ten dzień przyniesie coś ważnego… trudnego… wiążącego…

Niedawno rozpoczęło się kilka wojen, wybuchły liczne samochody pułapki, ktoś kogoś zabił tylko dlatego, że tamten miał inne zdanie…

ale… to wszystko było nieistotne.

* * *

Ten dzień. To był słoneczny marcowy dzień. Taki, w którym poranek jest jeszcze zimny i szary, ale w południe jest już tak przyjemnie wiosennie. Śpiewające ptaki siadają na zieleniejących się gałązkach, młode kwiatki wystawiają pączki tuż ponad resztki lutowego śniegu… A ludzie marzą jak to cudownie będzie za kilka chwil, kiedy to będą mogli się w końcu udać na zasłużony urlop, wykąpać w dawno nie widzianych promieniach słonecznych, położyć się na zieleniejącej łące z widokiem na połoniny.

Życie niektórych ludzi było takie proste. Tak zgodne z rytmem natury. Rano, południe, wieczór. Wiosna, lato, jesień… Praca, dom, wypoczynek… To takie piękne, że niektórych ominęły doznania bezdomności ducha i materii. Ja byłem wyrzutkiem… byłem jednocześnie wybrańcem. Nie było mi ani źle, ani dobrze. Żyłem w myśl buddyjskiej maksymy nirwany. Ubiegałem się nawet o tytuł stoika.

To wszystko miało się zmienić tego dnia. Ale czy na lepsze?…

* * *

To było bardzo dziwne… Na początku naszej znajomości wszystko wydawało się normalne, zwyczajne, jej bliscy, moi, nasze wspólne spacery, spotkania w klubie, w piwnicy… Teraz… nic nie wydaje się zwyczajne…

* * *

– Bartek! Jesteś tam?… Musimy się pospieszyć!

Tak się to wszystko zaczęło… Spotkanie z tą dziewczyną okazało się być jednocześnie zbawieniem i potępieniem… Właściwie nawet teraz nie jestem w stanie określić… opisać czym był dla mnie tamten okres. Siła ekspresji, emocje, prawdziwe życie, serdeczność, duma, wiedza, myśl, rozmowy… Rozmowy były chyba najważniejsze. Tylko czy potrzebne, czy nieuniknione? Dla niektórych okazały się nieuleczalne – Zosia… Wojtek, Michał, Mateusz, Beata, Agata, Jacek, Janusz, Milena, Aga… I dziesiątki innych, o których albo zaledwie słyszałem, albo z których istnienia w ogóle nie zdawałem sobie sprawy… I ta ich przedziwna religia… Nieokiełznana wiara, że to właśnie oni mają rację… Może i mieli… Mam nadzieję… Byłoby to na pewno lepsze… Dla wszystkich… Chociaż, któż to może ocenić…

– No wyjdź już, idziemy do Janusza.

Janusz… Już od pewnego czasu był ich guru. Wierzący guru. Nie taki, który – jak to mówią – pragnie tylko “darmowego seksu, poklasku, mieszkania i opierunku”. Guru, który wierzył… za bardzo… Miał dwadzieścia trzy lata kiedy zawierzył swemu bogu do końca. Miał dwadzieścia trzy lata kiedy pozostawił za sobą płaczącą matkę, ojca, czwórkę rodzeństwa i “niewierzących” znajomych. “Wierzący” zazdrościli mu jego “uleczenia”. Śmierć… Śmierć… Miał dwadzieścia trzy lata kiedy rozpruł worek z wyrokami “zbawienia”.

– Już idę. Słuchaj, jesteś pewna, że musimy tam iść? Po tym co mówiłaś, wydaje mi się, że Ci twoi znajomi są lekko… no wiesz…

– Tak myślisz?

Wspaniały początek znajomości. Mówić dziewczynie, że uważa się… właściwie ją samą za “niespełna rozumu”… Ależ byłem wtedy głupi, młody. Tylko czy nie miałem racji? Nic już nie wiem… Kto jest “spełna rozumu”? Niech mi ktoś wskaże taką osobę, taką prawdziwą, proszę.

– Nie… No, ale sama powiedz, czy wiara, że życie to śmierć, a śmierć to życie nie jest pewnego rodzaju absurdem?

– Po pierwsze oni wcale nie wierzą w to co Ty powiedziałeś…

– Ale w coś bardzo podobnego.

– Powiedzmy. A po drugie nawet jeżeli wierzyliby w coś takiego – mają do tego takie samo prawo jak Ci, którzy wierzą w coś zupełnie innego.

– Tylko, że Ci “inni” mają na to dowody, a Twoi znajomi?

– Dowody? Jakie?

– Chociażby namacalne.

– No pewnie, tyle tylko, że już Platon stwierdził, że są to jedynie pozory i odbicia rzeczywistości. A w dalszej kolejności zgadzali się z nim wszyscy więksi myśliciele świata zachodniego.

– Ale to jest zupełnie coś innego…

– OK. OK. Porozmawiasz z Januszem to zrozumiesz. Zobaczysz kim oni są naprawdę. On Ci to dużo lepiej ode mnie wytłumaczy. Tylko chodźmy już, żebyśmy się za bardzo nie spóźnili.

I poszliśmy na spotkanie przeznaczenia. To było pierwsze z kilkunastu spotkań w których miałem okazję uczestniczyć. Nawet dziś łza mi się kręci w oku kiedy myślę o tym wszystkim… Gdybym miał na tyle odwagi, albo może pewności… Wystarczyłby jeden niepodważalny dowód lub mocne przekonanie o prawdzie dogmatu… Zabrakło… Zabrakło sił… woli… wiedzy… zabrakło lat…

– To jest Bartek. A to Janusz.

– Cześć.

– Miło mi. Jesteś…? Zresztą później porozmawiamy…

– Prawda, że emanuje od niego jakaś cudowna aura?

– Jakaś na pewno… Ale czy cudowna to się jeszcze okaże…

– Och, ty sceptyku…

Kochałem tę dziewczynę… Ale i tak nie potrafiłem wyzbyć się wrażenia, że coś jest z nią, z nami, z tym wszystkim nie tak jak powinno… Niepewność i nierozsądek – to jedyne aury, które wyczuwałem z początku na spotkaniach u Janusza…

– Witajcie kochani… jedzenie i picie jest w kuchni, muzyka zaraz będzie, więc bawmy się…

Szczerze mówiąc – dla kogoś siedzącego za szybą ta impreza i inne tego typu mogły się wydawać normalnymi studenckimi prywatkami. Piwo, wino, muzyka, rozmowy, tańce… Zza szyby wszystko wyglądało całkiem przyjemnie….

– Janusz, opowiedz proszę Bartkowi na czym polegają nasze spotkania. Wytłumacz mu, że nie ma racji mówiąc, że jesteśmy “dziwni”.

– Ależ ja nigdy niczego takiego nie mówiłem.

– Nawet jeśli nie wprost, to można to było wyczytać z Twojej twarzy.

– To czytać z twarzy też potraficie, ha, ha?

– Och, nie nabijaj się – proszę…

– Dobrze, już posłucham jeśli Janusz oczywiście zechce mnie oświecić…

– Ależ oczywiście. Zresztą i tak miałem zacząć właśnie dyskusję. Tylko pamiętaj – ludzie, którzy tu przychodzą bazują może na tej samej podstawie, ale nie znaczy to, że wszyscy myślą i zachowują się tak samo… czy też nawet podobnie… Start bowiem ze wspólnego początku nie oznacza rozwoju i zmierzania ścieżką prowadzącą w jednym, z góry wyznaczonym przez gwiazdy kierunku. Ty też jeżeli uwierzysz i zrozumiesz, że mamy rację, podążysz być może w całkowicie inną stronę jednego ze światów… Porozmawiamy po dyskusji, jeśli się zgodzisz, gdyż chętnie się dowiem jak odbierzesz to co tu dzisiaj usłyszysz…

* * *

“Na początku był porządek. Świat był dobry i prosty. Istoty zamieszkujące ów świat żyły w zdrowiu i zadowoleniu, spokój nieoceniony przewlekał kolejne dni na nici życia, a radość wielka panowała wszem i wobec.”

* * *

„dzieciństwo…”

* * *

Janusz potrafił pięknie przemawiać… W każdej jego wypowiedzi wyczuwało się głębię, nutę drgającą od jednego do drugiego wnętrza, kontakt jaki się z nim nawiązywało był sam w sobie duchowym przeżyciem… Był świadectwem głoszonej prawdy…

* * *

“Ostatnie dni dzieciństwa…

Nadchodzi jednak w końcu taki moment, kiedy nie można już patrzyć w dół i udawać że niebo nie istnieje, że skoro ma się nogi to znaczy, iż zostało się stworzonym do chodzenia…

Nadchodzi w końcu taki dzień w którym skrzydła stają się tak amoralnie olbrzymie, że niemożliwością staje się ignorowanie ich ziemskiej dysfunkcjonalności… skrzydła nie mogą służyć do chodzenia, gdyż są zbyt wiotkie i delikatne… a jednocześnie są mocne i potężne, więc czemuś służyć muszą…

stworzone do latania…

i ten jakże często opisywany przez miliony mnichów, kapłanów i poetów moment oderwania się od niewystarczającej matki – ziemi – w przestworza nowej cudownej przestrzeni – nowego świata…

skok w nieznane zawsze… a przynajmniej bardzo często… wiąże się z niepewnością, lękiem i wyzwaniem… ale jest ich wart – przełamanie skostniałych i przestarzałych struktur owocuje uczuciem pełni, jedności z całym wszechświatem życzeń i możliwości – jest niczym duchowy orgazm… osiągnięcie oświecenia… zrozumienie dowcipu…

skok – pierwszy skok…

nie oznacza jeszcze zrozumienia, a daje jedynie nikły zarys rozpościerającego się świata…

czeka na następny…

i napawa radością oczekiwania…

życia… wśród gwiazd”

* * *

Pamiętam innych… nowych… którzy przychodzili po raz pierwszy… i z dumą, pogardą i tak strasznie przeraźliwą dekadencją w oczach wypowiadali swoje żale – rzucali wyzwanie wierze Janusza – dla nich kolejnej, banalnej i nieskończenie idiotycznej próbie przezwyciężenia własnego losu… To był ich świat, którego nienawidzili, który kochali, którego bardzo się obawiali, a jednocześnie nie mogli się mu oprzeć, nie potrafili nic… Trudno byłoby nazwać ich życie wegetacją, gdyż nawet wbrew sobie czynili coś o czym większości nie dane będzie nawet usłyszeć – żyli w sobie… tworzyli… – tworzyli nowy świat, bez barier, bez granic… i jednocześnie bez oparć… Niektórym udało się znaleźć oparcie w domu Janusza… Ale czy…

* * *

“Pamiętam jedną z ważnych chwil…

Przeżyłem właśnie kolejną noc, co powoli stawało się niewyobrażalnie nudne. Ileż w końcu można żyć. Miałem już ponad 21 lat, a jednak wciąż ciągnąłem ten wózek – nie wiadomo skąd ani dokąd, w jakim celu. Po prostu trwałem w niewyjaśnionym istnieniu i oczekiwałem z utęsknieniem końca tej wędrówki donikąd. Czyż tak wiele wymagałem prosząc o odpowiedź, którą powinienem był uzyskać zaraz po narodzinach. Byłem jednym z milionów błądzących w bezkresie możliwych prawd, którzy zagubieni w chaosie szukali pocieszenia w jedynym co im pozostało – życiu. Tak więc sprawdzałem co rano czy znów narodziłem się dla kolejnego dnia, kolejnej dawki uniesień i niepowodzeń. Nic mnie już nie mogło ucieszyć, bo straciłem jedyną naprawdę wartościową rzecz – niewinność niewiedzy. Od tamtego cholernego momentu przejścia z dzieciństwa w dorosłość stałem się jednym z tułaczy skazanych na wieczne cierpienie wiedzy. Jeżeli istnieje rzeczywiście piekło to ja właśnie się w nim znalazłem. Od tego czasu co ranek wstawałem z nadzieją, że dzisiaj uzyskam tę jedyną upragnioną – odpowiedź.”

* * *

Filozofia dekadencji i braku wiary tak bardzo kontrastowały z innymi głoszonymi przez Janusza prawdami… Młody idealista, który postradał zmysły, nie miał sobie równych, nikt nie był w stanie choćby na chwilkę zbliżyć się do jego poziomu umysłowości… Czyżby wszyscy pozostali byli zdrowi? O, co to, to nie… Wszyscy, którzy przychodzili na owe imprezy… Coś ich łączyło… Rozchwianie… Zaburzenie… Zdolność myślenia… Byli swego rodzaju elitą…

I w pewnym sensie dalej są…

* * *

A jacy byli po rozmowie z Januszem… To nie było normalne… Wszystko stawało się możliwe… Świat nie sprawiał problemów… Stawał się czymś zupełnie nowym… niejako obcym, a jednocześnie bardzo bliskim… Świat stawał się ich tymczasowym domem, który musieli posprzątać… Wielu bardzo było zawiedzionych tym co zobaczyli, kiedy zażyli niebieską pastylkę… Wielu bardzo się przeciw temu buntowało…

* * *

Istnieją na świecie tacy ludzie, którzy woleliby nie istnieć…

Janusz jest jednym z nich…

Ale nie dlatego, że jest mu źle… nie, z zupełnie innej przyczyny…

Ta historia… wydarzyła się dokładnie tam dokładnie wtedy, a zarazem dokładnie tu i dokładnie teraz… wydarzy się na pewno…

Janusz jest, a właściwie już, był całkiem przeciętnym przedstawicielem gatunku homo sapiens… tak by go przynajmniej skatalogowali, gdyby trafił do zoologów… Lekarze powiedzieliby człowiekiem, a on sam nazywał siebie… Dlaczego? A dlaczego nie… Nazywał tak zarówno siebie jak i swoich bliskich…

Dla większości z nas był przeciętnym chłopakiem, który w pewnym momencie stał się nieprzeciętny i założył własną, jak by to niektórzy określili, sektę… grupę, która dawała mu radość i poczucie bezpieczeństwa, sensu, istoty… Była całym jego światem… Choć oczywiście nie zawsze tak było… kiedy był mały biegał, skakał, grał w piłkę, uganiał się za dziewczynami i robił to co każdy dwu-, pięcio-, dziesięcio- i piętnastolatek… Ale zmienił się… a może po prostu dorósł… I z małego rozbrykanego chłopca stał się młodym filozofem, głęboko wierzącym w swoje przemyślenia…

To się mogło przydarzyć każdemu… ale przydarzyło się jemu… I jeszcze kilkunastu jego przyjaciołom…

Czymże bowiem była ich sekta? Tym czym każdy kościół… Próbą odpowiedzi na pytanie… odwieczne pytanie…

Czy znalazła odpowiedź?… Jej byli członkowie twierdzą, że nie… Ciała pozostałych ośmielają się natomiast twierdzić coś innego… Do końca wierzyli… Do końca mogli mieć rację… I wciąż mogą ją mieć… ale komu z nas chciałoby się to sprawdzać… Na pewno nie…

Prawda nieweryfikowalna… wiara… Każdego dnia przynajmniej kilka osób ginie z jej powodu… każdego dnia przynajmniej kilka zostaje poświęconych, każdego kilka zyskuje nowe, lepsze spojrzenie…

To dziwny fenomen towarzyszący człowiekowi w wędrówce z Chin poprzez ziemię egipską, aż do starożytnej krainy Montezumy… Tyle radości i cierpienia ile codziennie sprowadza wiara na swoich poddanych nie potrafiłby unieść żaden “święty” człowiek… Wiara daje i odbiera, nagradza i karze, a przede wszystkim przyjmuje… Wiara nikogo nie zmusza, jednak jej siła potężniejsza jest od siły samego ‚boga’… Czasami musi oddać pole, ale nie na długo, i rodzi się pod innym imieniem, w innym miejscu, wśród innych – nowych synów i córek… Od wieków jej siła została opisana milion razy, od tysiącleci przekaz ustny wtórował znakom od nieznanego boga… Od zarania dziejów nikt nie udowodnił, że jej teorie zgodne są z tak zwaną “prawdą obiektywną”…

Bo i któż miałby to zrobić? Jeden mały człowiek? Garść napalonych naukowców? Czy może milion rozsierdzonych armistów? Ani Hitler, ani Stalin, ani Einstein, ani Nobel, ani Janusz… W stosunku do wiary wszyscy byli równie bezsilni… każdy miał swój na nią pomysł… i pomysł każdego był szczerze mówiąc równie dobry z alogicznego punktu widzenia… tyle tylko, że ani logiką ani alogiką nie da się w jej kwestii niczego zdziałać…

“Janusz był inny” powiedziała mi kiedyś o nim jego znajoma… “On wiedział”… o czymś czego nie umiała wytłumaczyć… “To nie była wiara, ale… <<oświecenie>>… o tak, to jest dobre słowo…” Oświecenie… Janusz był oświecony… ale już nie jest… czemu?… Zgodnie ze swoim oświeceniem, teraz jest żywy… Zgodnie ze swoim oświeceniem teraz się powtórnie narodził…

Janusz… nie żyje.


ROZDZIAŁ 2.

gdzie wtedy byłeś? dlaczego? powiedz…

* * *

Spotkanie trwało do rana… Najpierw się bawiliśmy… Tańczyliśmy, skakaliśmy, śmialiśmy się, piliśmy przeróżne trunki… Później zaczęły się dyskusje… prowadzone do rana w większych i mniejszych grupkach… to zagrzewały to schładzały młode serca i chłonne umysły… Janusz prawie zupełnie jak wytrawny zbrojmistrz hartował swą broń – słowo…

Oczywiście zdarzali się sceptycy – jak ja, ale takich było niewielu i nie wytrzymywali do końca… albo rezygnowali i szli w siną dal “normalnego świata”, albo poddawali się i uznawali, że ten szaleniec ma w sobie to coś, co każdego potrafi przekonać, że świat… “to dwie pigułki… a od Ciebie zależy, którą wybierzesz… od Ciebie my ja on… wszystko…”.

Niewielu dorównywało mu w retoryce… A on, może nawet zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy, jak antyczny wojownik prawdy, uczeń największych z opowiadań Platona, rozłożony na brudnoszarej sofie otulał się swoją kobietą i wśród ogólnego rozgardiaszu… nauczał… Tak to chyba należałoby nazwać… nauczał o swoich przodkach, o naszych wspólnych antecesorach, którzy od lat przeżywają te same katusze i te same uniesienia mącą ich umysły…

I wszyscy wiemy dlaczego… jasne, że wiemy… no czyż Ty nie wiesz… To nie szkodzi… zrozumiesz… wszystko w swoim czasie… to wiedza, która przyjdzie i rozjaśni zmarszczone czoło…

Zupełnie jak w sekcie… choć wtedy tak o tym nie myślałem… zupełnie jak na pogrzebie… własnym…

To nieprawda… Janusz taki nie był… nie wyobrażaj sobie nie wiadomo czego… To był dobry chłopak… Mądry, dobroduszny…

I miał to coś, czego mu wszyscy zazdrościli… Wierzył…

Nie jestem pewien czy mu zazdrościli… może… teraz już raczej nikt mu nie zazdrości…

* * *

“Na czym polega moje podejście do życia? Moja wiara?… Wydaje mi się że na tym, aby powrócić do życia… wyleczyć się… Z czego?… z życia…”

* * *

– Bartek, obudź się. Czas się zbierać…

– Już?

– Już ósma…

Nie zdawałem sobie sprawy z tego jak długo wczoraj siedzieliśmy… Część ogólna skończyła się gdzieś koło czwartej, a później już tylko dyskusje… Krąg wtajemniczonych… Zupełnie jak w dzieciństwie, kiedy zbieraliśmy się w tej starej ruderze niedaleko Piotrka… Tyle tylko, że wtedy wymyślaliśmy plany podbicia świata, zdobycia fortuny i przeżycia najbardziej ekscytujących chwil, jakie tylko mogą się wykluć w umyśle nastolatków… Wczoraj rozmawialiśmy o problemach na świecie, systemie wartości, wierze, nauce, nieodmiennej władzy pieniądza nad ludzkimi odruchami i tym podobnych…

Kilka lat, a taka zmiana… Kiedy z dzieci staliśmy się starcami… To musiało nastąpić… Przecież nie mogliśmy przez całe życie biegać po ulicy z patykami krzycząc “poddaj się, policja”… nie mogliśmy wspindrywać się na najwyższą gałąź pobliskiej czereśni, żeby tylko dostać te najczerwieńsze owoce, te najlepsze – stworzone przez… boga… specjalnie dla nas…

Dziś nie ma już boga, i nie ma tamtej czereśni… Komuś najwyraźniej przeszkadzało i jedno i drugie… I jedno i drugie przestało dawać owoce, więc je wycieli…

Bóg był chyba ważnym impulsem sprowadzającym tych ludzi do Janusza. Większość z nich została przez niego oszukana – jak mówili, obiecywał im złote góry i wieczne życie… a otrzymali codzienność dorastania i smród śmierci…

Byli też tacy, którzy nigdy w niego nie wierzyli… przekonywani przez społeczeństwo nie mogli pojąć o jakim to genialnym stwórcy mówią z jednej strony Ci, którzy żebrzą na ulicy o kawałek chleba a z drugiej Ci, którzy wyrzucają do kosza cały bochenek, gdyż był już nie pierwszej świeżości…

Różne są ścieżki ludzkiego życia, nie dziwne więc, że i u Janusza spotkałem tak wiele podejść, tak wiele spojrzeń, tak wiele rozczarowań…

Połączyła ich wspólna wiara, że może być lepiej…

Szczerze mówiąc – wiara bardzo podobna do tej, z której zrezygnowali… Ale ich wiara… Sami ją stworzyli i sami uwierzyli, że to ma sens… Zdobyli ten upragniony sens istnienia o którym pisał Frankl… I po co?… Aby żyć.

Aby umrzeć.

* * *

Na świecie właśnie działo się coraz lepiej dla jednych, i oczywiście dla innych dużo gorzej… Jacyś fanatycy zabili jakiegoś bogu ducha winnego gangstera… Jacyś politycy wprowadzili nowy plan odnowienia rasy ludzkiej… Jacyś społecznicy kwestowali o dary dla bliskiego i dalekiego zachodu… Wszystko było normalne, przeciętne… zwykłe życie… a jak ktoś miał tego wszystkiego dość, mógł zawsze usiąść przed ekranem i włączyć sobie ulubiony serial, którego produkcję zakończono w poprzedniej dekadzie z powodu samobójstwa gwiazdy… plajty przedsiębiorstwa… flaków z olejem, które wyciekały z każdego odcinka…

“Wsjo normalna” jak mawiali autochtoni dawnego systemu… “Wsjo normalna”… A jak miałoby być… System przecież trwa już od tysiącleci… Jeżeli komuś znudzi się polowanie na mamuty zawsze może usiąść przy ognisku i posłuchać bajań starego ślepca z sąsiedniej wioski… Jak się komuś znudzi życie najlepiej przenieść się tam, gdzie jedynym zagrożeniem jest złowroga mucha, która z głównego bohatera potrafi uczynić czarną plamę na stronie dwieście pięćdziesiątej siódmej…

* * *

– I jak ci się wczoraj podobało?

– Całkiem, całkiem… – a cóż miałem odpowiedzieć… przecież nie prawdę…

– I nie uważasz, że Janusz jest wspaniały? Że to co mówi…

– Tak… uważam… – choć mam mnóstwo wątpliwości…

– No widzisz, a tak byłeś sceptycznie nastawiony. Dziś poznasz Agatę i Jacka. Wczoraj nie mogli być, bo pomagali w kościele przy organizowaniu obiadu dla ubogich…

– W kościele? Ale, przecież Wasza wiara…

– Co z nią?

– Jest… zupełnie inna. To co usłyszałem wczoraj i to co pamiętam z kazań siostry Małgorzaty na katechezie w zerówce… Wiesz – to dwa różne światy.

– Tak. Ale co z tego… Ludzie są ludźmi… Bez względu na to w jakim żyją świecie to jednak ludzie…

– Ale jak to możliwe?

– Zobaczysz jak ich poznasz…

* * *

Anioły… Święci ludzie… Nigdy w nich nie wierzyłem. Pomagać innym, to bardzo szczytne, aczkolwiek coś jednak wewnątrz szepcze “nie rób tego”, “zostaw”… Skąd brali siłę?… Z wiary… Z wiary Janusza… Bez boga, bez sakramentów, a nawet bez dziękuję… Wystarczało im to co było… Wystarczali im ludzie…

Wiele się od nich nauczyłem… i szczerze mówiąc – ich chyba najbardziej będzie mi brakowało… Tak, poszli razem z nim… Ale dlaczego?!… Tyle czasu minęło, a jednak wielu z nich ciągle nie rozumiem…

* * *

“Świat jest tylko pomostem… Prawdziwe życie czeka nas po śmierci… To co tu widzimy to świat. Nie, nie jest to złudzenie. To świat. Tu żyjemy, tu chorujemy, tu jemy i tu pijemy… Ale najlepsze jest to, że w końcu – po tym wszystkim – umieramy… Bez śmierci ten świat nie miałby sensu… Życie wieczne w miejscu takim jak to sprawiłoby, że czulibyśmy się źle, niespełnieni, niedojrzali… Śmierć przywraca równowagę, którą zachwiały narodziny… Śmierć prowadzi do życia…”…

I kto mu uwierzy? Komu uwierzy? Kiedy to wszystko usłyszałem po raz pierwszy nie byłem pewien kto stworzył te słowa, ten manifest śmierci i życia zarazem… Czy ten człowiek był w stanie to uczynić… “Wielki J.” jak by go nazwali dziennikarze… To wszystko było tak cholernie spójne i niepodważalne… Zupełnie jakbym słuchał wykładu Freuda na temat wędrujących organów…

Czy mam prawo odmówić słuszności tezom ujętym w manifeście? Mam… Czy mam siłę go obalić? Nie… nie mam i nigdy nie będę miał, ani ja, ani nikt z tych którzy nie zweryfikowali tej “chorej”, rzekłby niejeden, teorii…

Wiedział co robi… Nie był głupi… Co się takiego budzi w człowieku, że każe mu iść nad najbliższą skałę i szukać odrodzenia? Skacz chłopie, skacz… “za pierwszym razem nikomu się nie udaje…” Ale drugiego razu nie ma… i nigdy nie będzie…

Przecież to nie kaczka Dziwaczka, która nawet podana w pomarańczach może za moment wstać i zacząć biegać po stole tańcząc fokstrota…

– Ale czemu tak twierdzisz? Czy masz na to jakieś niepodważalne…

Filozoficzny bełkot… A dlaczego miałbym mieć? I w jakim celu? Czyż nie wystarczy płacz matki, albo zacięta mina ojca… ojca któremu nie wolno, który też nie ma dowodów, ale dowody nie są mu potrzebne… Na samym szczycie jest Mount Everest (Czomolungma, Qomolangma, Sagarmatha)… A co jest pod nim… dobrze wie…

* * *

„młodość”

* * *

“Wiesz, jest taki okres kiedy możesz wszystko… później przychodzi taki w którym spotykasz z drugiej strony ‘pana świat’… jeszcze później rodzi Ci się dziecko… i budzisz się z garstką siwych kłaków na głowie, jedną nogą w lepszym świecie i duszą – czymkolwiek by ona nie była – stojącą ciągle na baczność w tym samym miejscu w której spotkałeś tego ‘pana’… to jest bolesne… ale da się z tym żyć… w końcu teraz wiesz już, że wakacje na Bahamach, albo hamak w domu starców i tak czasu nie zawrócą… może trochę czasami, kiedy myślisz o tym wszystkim dręczą Cię znajomi z przeszłości, którzy przychodzą zaprosić na pokerka… na tamten świat… tylu ich było… wszyscy tacy jak Ty… z tym patykiem na boisku… w podartych spodniach na sobotniej potańcówce… w czapce na bakier przy grzańcu dyskutujący o nim… gotowi na spotkanie… gotowi bić się do upadłego za… i myślisz tylko “no, za co?… za co?”… i ona też tam została… pamiętasz, przecież kiedyś bardzo ją lubiłeś – nie odchodziła od Ciebie na krok… ale coś się stało… co?… wiesz… ale po co o tym mówić… dobrze wiesz… gdzie wtedy byłeś? dlaczego? powiedz… czemu dorosłeś i przejrzałeś w jednej sekundzie… czemu w chwili spotkania uciekłeś od niej… dobrze wiesz… musiałeś…”

* * *

– Poznaj Agatę. Agato, poznaj mojego przyjaciela. Wczoraj byliśmy razem u Janusza.

– Bartek. Miło mi.

– Cześć. Jacka jeszcze nie ma, bawi Zosię, ale zaraz powinien przyjść…

– Zosię?

– Naszą małą córeczkę…

Odniosłem wrażenie, że temat był drażliwy… więcej nie zapytałem… spotkałem ją kilka tygodni później… to była jednak krótka znajomość… wyjechała… wyjechała daleko… i nie wróci… ani do rodziców, ani do ludzkich rozmyślań… jedynymi świadkami jej istnienia byli bowiem ludzie, którzy teraz żyją już tylko w mojej głowie…

Gdzie wtedy byłeś? Dlaczego? Powiedz…


ROZDZIAŁ 3.

– Co robisz?

– Czytałem właśnie Nietzschego…

– Nadczłowiek? Ty?

– Myślałem raczej o Januszu…

Naprawdę tak o nim myślałem po kilku spotkaniach. Zdążyłem się już przekonać, że nie jest on pospolitym retorem, który znalazł sobie towarzystwo wzajemnej adoracji… Ten chłopak miał coś do powiedzenia… I to mnie może najbardziej przerażało… Budziło się we mnie dawno zapomniane poczucie bezdomności… Wróciły pytania o świat i o jego najważniejsze wartości, o stałość, o jakiekolwiek oparcie… Pamiętam, że jeszcze w liceum i ja miewałem podobne nastroje, i większość moich znajomych… ale wyrośliśmy z tego. On nie wyrósł…

* * *

To był jeden z kolejnych wieczorów spędzonych na rozmowach z Januszem… Wciągnąłem się w to. Siedzieliśmy przy kominku zupełnie jak w dawnych czasach na obozach harcerskich i po prostu słuchaliśmy pięknej opowieści…

* * *

– Walczysz o życie…

Brak silnej woli sprawia, że nie potrafisz się czymś poważnie i na dłużej zainteresować.

A kiedy Twoje zainteresowania i marzenia znikają i Ty znikasz i powoli rozpływasz się w codzienności.

Bronisz się przed tym nieumiejętnie szarpiąc się jak ptak w sieci bądź jak ryba i idziesz coraz głębiej w dół, na samo dno.

Droga donikąd.

Pytasz jak zdobyć silną wolę i odwagę…?

Musisz umrzeć dla strachu i lęku… Musisz zmienić schemat swojego życia i stać się silnym, aby nie niszczyć chcąc budować, by nie mówić “nie” gdy myślisz “tak”.

Chcąc być sobą i mieć własne zdanie, ciągle jesteś dzieckiem, ale na dobrej drodze jak mniemam…

* * *

– Musisz znaleźć własne wartości, aby pozwolić innym na posiadanie swoich.

Musisz zrozumieć, że i jedne i drugie wartości są ważne, bo przynależą do ludzi. Często do ludzi, których kochamy.

Jak często nie posiadając własnych wartości nie potrafimy pozwolić innym na ich posiadanie, bojąc się, że znikniemy, a tego nie chcemy, boimy się i wzbudza to w nas agresję.

A jakie są te wartości i z czego one wynikają, skoro “boga nie ma”…

Jest człowiek, jest cierpienie, jest miłość…

Czym jest? I czy jest?

Czuję to, ale być może to tylko złudzenie…

Nawet jeśli złudzenie, to okrutnie prawdziwe.

Jeżeli nawet nie ma świata i ktoś mnie oszukuje i jestem głupi, to jednak przyjmuję to co czuję za warte zastanowienia i pragnę zmienić to co “złe” na to co dobre.

A jeśli “świat” boi się tego?

Wtedy gdy jest to niesłuszna obawa, muszę trwać przy swoim. Gdy zaś obawa jest słuszna, przemyśleć raz jeszcze “własne uznanie”.

Nie uszczęśliwiać świata na siłę versus nie trwać w jego irracjonalnych lękach i obawach…

Znaleźć złoty środek pomiędzy tym co warto, a czego się boimy…

Dążyć do celu rozsądnie i z uwagą, spoglądając na wszystko i wszystkich dokoła, aby cel środków nie uświęcił. Nie bać się jednak celu nawet gdy środki mogą być bolesne. Bolesne jednak ze względu na zbyt skostniałe lęki i stereotypy, a nie ze względu na rzeczywiste odczucia…

Tylko czym i czy w ogóle jedno różni się od drugiego? Przecież nawet jeśli lęk jest stereotypowy jest on rzeczywistością dla danej osoby…

Lęk…

Jeśli to tylko lęk, nie należy schodzić z obranej drogi. Lęk raczej należy ujarzmić i wskazać drogę lepszą.

Bezmyślność, przemoc i obłuda…

Z nimi należy walczyć. Ale rozsądnie – czasami wprost głową w mur uderzając gdy widzimy, że mur słaby nie wytrzyma uderzenia; czasami robiąc podkop i sprytnym pytaniem powodując wewnętrzne przemiany; czasami jeszcze przez czyste unaocznianie – bez siły, bez walki – jedynie przez prośbę skierowaną wprost do tak zwanego “władcy”.

Każdy człowiek jest wartościowy i każdy jest celem. Żaden nie może być środkiem.

Ale żaden też człowiek nie ma prawa do uznawania innych za środek. Ten, który tak czyni wymaga lekcji, która pomoże mu zrozumieć dlaczego źle czyni…

* * *

Zemsta, chęć pomszczenia…

Straszna siła, nawet najlepszych zwodząca na manowce, które nigdy nie są właściwą drogą. Człowiek to człowiek, nawet kiedy krzywdzi, nawet najbliższych.

Odwieczna i wieczna być może jeśli nie przerwiemy któregoś ogniwa. Trudne, a wręcz niemożliwe, a jednak… Warto przerwać, pogodzić się z własnym bólem i przebaczyć.

I tak umrzemy.

Ten kto zabiera nam bliskich jest wielkim przestępcą. Czas zabiera ich najwięcej, jednak jesteśmy wobec niego bezsilni.

Jeśli ktoś przychodzi wcześniej niż “czas”, cały nasz gniew na “czas”, który choć może nieuświadomiony – tkwi głęboko – przelewany na “złoczyńcę”, który odbiera bliskich.

Jaki bowiem człowiek śmie się równać z czasem? Kim jest ten, który to czyni?

Jeśli czyni to dla naszego dobra i staje w otwartej wojnie z największym przestępcą świata – wychwalamy go pod niebiosa ogłaszając go bądź to lekarzem, bądź samym bogiem.

Bóg = ten, który walczy z Czasem.

Jeśli zaś staje ktoś po stronie “Szatana”, wypowiadamy mu otwartą wojnę – ucieleśnienie zła zstąpiło bowiem na ziemię i wreszcie znamy swego wroga.

Ileż w nas, we mnie, złości na czas? Wyczuwam ogrom siły, która pcha do wyzwania go na ubitą ziemię. Ale czuję jak malutki jestem w porównaniu. Cóż ja mogę? Człowiek, syn Człowieka? Tu potrzeba Boga.

A kim on jest?

Rolandem, Arturem, etc.

Obrońca praw. Wspaniały rycerz i pocieszyciel, który daje nadzieję.

“Nie wszystek umrzesz” jeśli uwierzysz, albowiem Duch równie silny jak Czas będzie twoim sprzymierzeńcem.

Musisz mu tylko “to” lub “tamto” ofiarować… ale przecież warto – ocalisz życie – to co najcenniejsze… nie wszystek umrzesz.

Albo pogódź się ze śmiercią. Śmierć bowiem prowadzi do wolności, nirwany, wyzwolenia – życia… bez życia. Połączenie z absolutem w odwiecznym “garncu” świata. W ciele, istocie… w bogu.

“Zostań bogiem” – hasło każdej religii.

Zapanuj nad Czasem – złoczyńcą.

A ludzkość?

Sprzymierzeńcy Czasu mordują, głodzą, biją, maltretują, dokonują wszelkich zbrodni – słudzy “Szatana”.

Upadłe anioły.

Przychodzisz na świat i poznajesz dwie siły: dobro – czyli chwilę trwającą wieczność; oraz czas – czyli mordercę chwili.

Bóg i Szatan walczą ze sobą od lat. Dobro i Zło, Trwanie i Niebyt, Początek i Koniec.

Czy w Czasie można znaleźć coś Dobrego?

Kim byśmy bez niego byli?

Wiecznymi dziećmi, stałością, chwilą, wiecznym szczęściem…

A spotkanie? A tworzenie relacji? A poznanie? A miłość? A …?

Istnieją dzięki Niemu…

A rozstanie? A niszczenie? A …?

Również.

Daje i odbiera… A może po prostu pozwala?

Czas.

Daje i odbiera… A może po prostu pozwala?

Bóg.

Daje i odbiera…

Człowiek.

Cóż więc ma robić? Jak żyć? Czym są wartości? Jakie są?

Nie ma. Jest Czas, jest Bóg, jest Szatan, jest Człowiek.

Jest wychowanie i wiedza.

Wartości wybieramy sami.

Jest chęć życia i przeżycia i przeżycia godnego życia.

Jest chęć śmierci – czasami, często, prawie zawsze w pewnym momencie. Każdy kiedyś chce umrzeć…

Tylko niektórzy nie dożywają tego dnia.

Choroba… czyli “czas” przyspieszony.

Wojna, morderstwo, gwałt, okaleczenie…

Bierzesz bez pozwolenia – sługo Czasu!

Nie rób tego!

Dlaczego?

Bo i Tobie zostanie zabrane. Oko za oko, ząb za ząb, krew za krew… Czas za Czas.

Prawo do samodecydowania…

w obrębie Czasu.

Ktokolwiek przekracza granice mego Państwa musi liczyć się z tym, że będę bronił jego obywateli, że za odebrany im Czas będę żądał Czasu… Zemsty… Zadośćuczynienia.

Prawo w obrębie Czasu.

Nikt go nie odda obywatelom mojego Państwa. Możemy co najwyżej odebrać go innym – aby jak i my cierpieli…

Cóż nam to da? Poczucie siły w sytuacji bezsilności..

Gdy ktoś zjada moją kość, ja palę mu budę. Gdy ktoś wypija moją wodę, ja wyrzucam mu miskę.

Oko za Czas, Ząb za Czas, życie za Czas.

“Nienawidzę” sprzymierzeńców Czasu.

Walczę z Czasem… I z jego podwładnymi…

Odwieczna wojna, w której wygrywać można bitwy bez możliwości wpływu na wynik końcowy.

Jednak każda wygrana bitwa, każda zdobyta twierdza cieszy.

Zwycięstwo po stronie boga i ludzi.

Człowiek kontra Czas 1:0

Mój czas to moje wartości.

Twój czas to Twoje wartości.

Razem mamy szansę na 2:0.

Gdy widzę, że jeden człowiek odbiera drugiemu “Czas” buntuję się przeciw niemu.

Podstawowe prawo Człowieka – Masz prawo do Czasu, który jest Twój.

Masz prawo walczyć o to by mieć więcej Czasu, ale nie wolno Ci odbierać Czasu innym.

Największa wartość, którą można podarować Człowiekowi…?

* * *

Zemdlał…

Popatrzyliśmy na siebie ze zdziwieniem, czy to zaciekawieniem… czy to aby na pewno nie dalsza część jego wypowiedzi…

Nie. Zemdlał…

Czyżby Czas się o niego upomniał?

Nie. Zemdlał.

Kilka chwil później udało się nam przywrócić go do w miarę normalnego stanu, otworzyliśmy okna za którymi pohukiwała sowa… Była już późna noc, co oznaczało, że mówił od dobrych kilku godzin. Ale wszystkim nam zdawało się jakby to trwało chwilę. Nawet mnie wciągnęła jego wypowiedź. Myślę, że było mi to potrzebne – ten cały wywód, właściwie strumień świadomości, którego byłem świadkiem… Wiele z jego idei i mnie świtało w głowie tylko nie potrafiłem ująć ich w słowa…

Kiedy już wszyscy ochłonęliśmy trochę, zaczęliśmy dyskusje na temat jego wypowiedzi. Okazało się, że nie tylko na mnie wywarło to wielkie wrażenie (czego zresztą mogłem się spodziewać) i nie tylko ja bardzo osobiście odebrałem jego słowa…

Coś w tym było… Tylko co? Gdybym mógł przewidzieć co się za tym kryje… Może inaczej bym spojrzał na to co mówił.

Może inaczej interpretowałbym Boga i Czas… i Człowieka…


ROZDZIAŁ 4.

Byliśmy u Adama. Jego podejście do życia było zupełnie inne od tego, które poznałem u innych przyjaciół Janusza. Adam milczy. Kiedy chce mówi. Kiedy chce wychodzi na zewnątrz. Kiedy chce pomaga. Czemu? Nie mam pojęcia. Taki jest właśnie Adam. Tylko dlaczego przychodzi do Janusza? Taki człowiek… spragniony mędrca mądrzejszego od siebie… Niewielu jest w stanie dorównać mu intelektem, a jednak w Januszu widzi takiego swojego mentora.

Mówiono mi, że tak musi być… I chyba przyjąłem tę prawdę… Tak musi.

* * *

„Pamiętam różne momenty udzielenia odpowiedzi na trudne pytania…

Co ja takiego robię?

I czego chcę w życiu?

Nie wiem

potrzebuję znaleźć harmonię…

I nie odnajduję jej…

muszę pomyśleć…

Chciałem to życie jakoś ułożyć…

dążąc do ciągłej samorealizacji, podnoszenia swoich kwalifikacji, etc.

I to jest ważne, ale musi być osadzone na solidnej podstawie, bo inaczej runie…

A może dobrze, że było jak było…

Może teraz po prostu przychodzi kolejny etap – “rozmyślanie” i odnajdywanie siebie… To może być to…

Jestem już wystarczająco zbudowany myślą, że potrafię coś robić bez względu na zawirowania otoczenia… jestem wytrwały w tym co robię…

osiągnąłem pełnię rozwoju społecznego… poznałem smak zabawy i odpowiedzialności… żyłem…

Teraz więc – kolejny krok w wytrwałości – osiąganie mądrości duchowej…

Nadchodzi czas refleksji

Jakże od dawna upragniony moment, kiedy znów siedzę z Wami i słyszę swoje myśli…

To kolejny krok…

Pytania są wciąż te same, ale wiedzy życiowej jakby więcej i odpowiedzi mogą być już inne…

Co warto robić w życiu i dlaczego?

Kim jestem i jesteśmy?

Skąd i dokąd?

Teraz muszę zebrać przemyślenia w spójną całość, która pozwoli mi zrozumieć co się ze mną, z nami, dzieje…

Bo te wszystkie puzzle są trochę pomieszane…

Teraz to skleić…

Jestem człowiekiem i chcę być człowiekiem… Nie jestem tylko kupką bezdusznych atomów – energią krążącą we wszechświecie, skupiskiem które przejawia takie a nie inne cechy…

To znaczy – nawet jeśli tym jestem – bo oczywiście jestem… Jestem również umysłem, emocjami, duszą – żyjącą i czującą istotą – i tym różnię się od kamienia – skupiska, które nie myśli…

Gdybym chciał mówić, że jestem tylko i wyłącznie jak kamień to coś bym tracił z tego – czym, albo lepiej – kim jestem.

Jestem więcej niż kamieniem.

Jestem człowiekiem.

Jako człowiekowi zależy mi na innych ludziach, gdyż czuję, że oni są tacy jak ja (myślą, odczuwają) i jest coś we mnie co chce, aby im było jak najlepiej…

Ale oczywiście to tylko idea…

Bo nie potrafię tego wprowadzić w życie… i nawet chyba nie do końca wiem jak taka “szczęśliwość” wszystkich ludzi miałaby wyglądać…

Czy mielibyśmy się stać jednym umysłem, jedną istotą? Po części już nią jesteśmy, ale każde z nas jest również sobą i ta “swoja” część każdego z nas też ma potrzeby i też warto się nią zainteresować.

Czyli nie jestem tylko jednością z innymi – jestem czymś od nich osobnym. I jeżeli stałbym się tylko jednością coś bym utracił…

To tak jak z kamieniem.

Będąc tylko jednością – nie jestem wszystkim czym mogę być…

Godzę się na śmierć ludzi, których mógłbym ocalić. Boli mnie to, że odchodzą i boli mnie, że się godzę i chciałbym za to przeprosić.

Bez względu na to co myśli cały świat, co mówią niektórzy “mądrzy” ludzie – jesteśmy odpowiedzialni za wszystkie istoty na ziemi. Każdy z nas jest odpowiedzialny za innych.

Przy czym odpowiedzialność ta to zwykła możność zmiany życia każdego człowieka na ziemi.

Dlaczego tak mówię? Otóż dlatego, że możemy powiedzieć, że:

dla każdego człowieka na świecie jestem w stanie coś uczynić.

Innymi słowy… Jeżeli wybiorę dowolnego człowieka na świecie – na przykład w Australii, który dajmy na to ma 10 lat życia, jeśli nie otrzyma specjalnej szczepionki… a ja tej szczepionki nie posiadam… nie mogę mu pomóc.

Są choroby nieuleczalne…

Głód do nich nie należy.

Jeżeli człowiek w Australii umiera z głodu ja jestem w stanie mu pomóc – mogę okraść bank i wysłać mu paczkę z dużą ilością pieniędzy, żeby uratować jego życie.

I jeżeli nawet nie jestem w stanie uratować wszystkich, gdyż na niektóre choroby nie znamy jeszcze lekarstwa, to jednak mógłbym uratować bardzo wielu.

A ponieważ tego nie robię, po części jestem ich katem. Chociaż czy na pewno?

Czuję się winny, że przechodząc obok “umierającego żebraka” nie daję mu kromki chleba.

Jeżeli ktoś mnie kiedyś osądzi, a zapewne nastąpi to wcześniej czy później – to będzie miał rację, a ja nie będę miał nic na swoje usprawiedliwienie.

Zazwyczaj oskarżają młodzi – szesnasto-, siedemnastolatkowie. I mają rację, że oskarżają, bo co byśmy nie mówili my, tak zwani dorośli – jesteśmy w stanie…

Wielu dorosłych coś robi, wielu pomaga i nie chce aby i ich obwiniać. Mówią, że robią wszystko co w ich mocy… I może to prawda, może więcej nie potrafią z siebie wykrzesać…

Należy im się mój szacunek…

ale mam też do nich kilka uwag… Mogą zrobić więcej. Mogą ocalić więcej istnień, ale nie robią tego, mogą zazwyczaj oddać jeszcze jedną kromkę. I myślę, że powinni sobie z tego zdawać sprawę. Że też zgadzają się na czyjąś śmierć.

Każdy z nas się zgadza.

Każdy z nas chce mieć jakieś własne życie, trochę radości, zabawy.

Bo przecież wizja jaką przed nami rozpościerają dojrzalsi od nas i bardziej zaawansowani wiekiem nie jest cudowna…

My też umrzemy. I ja i Ty.

Więc chcemy się trochę nacieszyć życiem. Nie chcemy ciągle pracować, dbać o innych, ratować cudzego życia.

Bo przecież każda minuta zbliża nas do końca, do śmierci.

Musimy więc rozsądnie zdecydować na co chcemy przeznaczyć ten czas.

Drugiego takiego nie będzie.

Zawsze możemy albo płakać albo się śmiać, albo pomagać albo odpoczywać, albo regenerować siły, albo je trwonić, albo wykorzystywać albo tysiąc i jedno innych działań możemy wykonać.

Mamy więc pełne prawo zdecydować, że część tego czasu, który posiadamy przeznaczamy na rozrywkę, zabawę, na to co lubimy…

Gdybyśmy całe życie poświęcili dla innych… też byłoby dobrze… ale to również nie oznaczałoby, że zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy…

Nawet bowiem nie wiemy czy bardziej pomagamy wychowując dziecko, lecząc ludzi, budując drogi, piekąc chleb, rozbawiając znajomych strudzonych życiem, czy jeszcze inaczej.

Nie da się określić co jest najważniejsze, gdyż ludzie to nie kamienie.

Ludzie każdego dnia umierają i każdego się rodzą i każdemu należy się pomoc…

I każdy umrze… Więc czy mamy pomagać starym zaniedbując najmłodszych, aż staną się starzy, czy też zająć się dziećmi i zapomnieć o starszych, czy właściwie co?

Czy na pewno warto zająć się tymi, którzy umierają z głodu, zimna, wojny i zamiast kupować setną zabawkę dziecku, kupić coś potrzebującym… umierającym…

to wszystko trzeba ustalić samemu. Część dla dziecka, część dla siebie, część dla umierającego…

Każdemu się coś należy…

Każdemu z nas.

Życie nie może polegać tylko na podtrzymywaniu funkcji biologicznych choć jest to bardzo ważne.

Ale podlewanie roślinek? To chyba nie o to chodzi w człowieczeństwie.

Człowiek różni się od kamienia.

Człowiek różni się od trawy.

I należy pamiętać o wszystkich ludzkich potrzebach.

To nigdy nie są łatwe decyzje…

Ale decyzje podejmujemy zawsze…

Do pewnego momentu nieświadomie, ale w końcu nadchodzi czas kiedy dorastamy, zaczynamy rozumieć i musimy zdecydować…

Życie za życie…

Chciałbym, abyśmy mogli wszyscy żyć wiecznie…

Ale wiem, że jestem słaby i to daje mi do myślenia.

Wiedząc o tym (lub jak kto woli – wmawiając sobie to) mogę dostosować swoje działania do swojej siły.

Ja naprawdę nie jestem w stanie unieść więcej jak 100 kilogramów. Wiem o tym i noszę kamyki 10, 20 czy 50-kilowe… robię to co umiem…

Znajomość siebie jest bardzo ważna. Zarówno słabszych jak i silnych stron… Wiem że nie uniosę 100 kilogramów, ale wiem również że uniosę 50 (a i to nie każdy potrafi).

A więc mam pewien atut w grze w życie.

Jestem więc winny śmierci (no – może współwinny) wielu głodujących… Ale również jestem współtwórcą życia wielu innych, jestem dawcą radości, dawcą “serca”… Być może niewielu doświadczyło moich darów…

Ale staram się i wiem dokąd zmierzam…

Kiedyś ideał zostanie osiągnięty… Może już nie przeze mnie, ale kto wie – może się do niego przyczynię… a może już się przyczyniłem.

A więc jeśli ktoś ocenia moje winy, niech również oceni zasługi i zwróci także uwagę na to, że podobno i tak umrę, więc cóż mi może zrobić…

W najgorszym wypadku znajdę się w położeniu tych, którzy potrzebują pomocy.

Śmierć jest w pobliżu, ale to nie po nas… My mamy tu jeszcze coś do załatwienia.

* * *

Za każdym razem kiedy kończył, zastanawiałem się czy ktoś go w ogóle rozumiał… Intelektualny „bełkot”? A może to było dla mnie na zbyt wysokim poziomie abstrakcji? Może zbyt głębokie? Nie wiem… Ale coś w tym było. Nawet jeśli go nie rozumiałem, prowokowało mnie to do myślenia. A to przecież najważniejsze – nauczyciel, który prowokuje do myślenia może spokojnie odpoczywać nawet kiedy jego uczniowie są daleko. Janusz posiadł ten dar. Udało mu się zmusić nas, mnie, do ciągłego zadawania sobie tych głupich pytań bez odpowiedzi…

Aż chciało mi się krzyczeć – “Kurwa, nie uciekniesz!” Nie mogłem, te pytania były już po chwili częścią mnie. Na ulicy, na imprezie, na wykładzie – były ze mną nawet w toalecie… Popadałem w obłęd, który tylko w czasie snu pozwalał mi na w miarę normalną wegetację…


ROZDZIAŁ 5.

Oni wszyscy byli specyficzni. Kiedyś miałem znajomego, który potrafił dyskutować na każdy temat i na każdy temat miał swoje zdanie. Jak się później okazało – był umierający. Czy on czuł co się dzieje? Czy człowiek, który umiera otrzymuje cząstkę całej mądrości wszechświata? Czy zawsze pod koniec… Właśnie – jak się człowiek czuje pod koniec…

Może to dlatego Janusz miał tak wiele do powiedzenia. Może jego teoria ma sens i… To straszne – on mógłby mieć rację.

Nawet dziś nie jestem w stanie sprzeciwić się temu “nawiedzonemu chłopcu”… Nawet dziś.

* * *

– Na początku był plemnik i komórka jajowa, a z nich powstało nowe dziwne życie…

Kiedy już wszystko zanegujesz i nic na tym świecie nie pozostanie dla ciebie świętością w końcu narodzisz się znowu do życia.

Połącz się ze światem, w którym żyjesz. Połącz się ze światem, którym jesteś. Zajrzyj w głąb ludzkiego umysłu a odkryjesz chaos własnego istnienia.

* * *

– Sokrates wypowiedział kiedyś znamienne zdanie, które z biegiem lat zyskało sobie rzesze sympatyków. Powiedział on: „Wiem, że nic nie wiem”. A jeżeli to nawet nie on użył tego zwrotu – nic to. Kolejne pokolenia tak bowiem przyzwyczaiły się przypisywać mu ową sentencję, że myślę, iż nikt z Was się nie pogniewa jeżeli i ja mu ją przypiszę… Nawet jeśli nie będzie to zgodne z prawdą.

I wtedy się wszystko zaczęło. Kiedy Sokrates odszedł już na zasłużoną „emeryturę” przejął po nim pałeczkę Platon, następnie Arystoteles i tak dalej, i dalej, aż do dziś kiedy to żyją sobie w różnych miejscach świata filozofowie twierdzący, że podstawową wiedzą, którą posiedli jest ta, że nic nie wiedzą… I na tym właśnie polega ich błąd.

Mądrzy ludzie błąkający się po ogrodach abstrakcji naiwnie wierzący, że ich mistrz nie prowadzi ich na manowce poszli za nim. A kiedy doszli do ostatniej ściany zielonego labiryntu zatrzymali się i przestali myśleć. Przecież tu miały być drzwi do lepszego świata wszelkiej wiedzy… Przecież obliczenia wskazały… Przecież mistrz…

Niestety niczego nie znaleźli za tamtą ścianą – nie było tam ukrytych drzwi. Ktoś się po prostu pomylił. Ale kto? Rzesze kontynuatorów, rzesze intelektualistów podążające wspólną ścieżką prowadzącą do edenu wiedzy? Kto?

Mistrz.

Popełnił błąd. Uwierzył, że ma prawo wydawać jakikolwiek sąd na temat własnej wiedzy bądź niewiedzy. Uwierzył, że skoro zdaje mu się, że nie wie – to jedno właśnie wie. Tymczasem nawet tego nie wiedział. Miał rację – nie wiedział nic. Nie mógł jednak tego wiedzieć. Choć wielu twierdzi, że uwierzyć znaczy poznać.

Wiara.

Potomkowie pierwszego kolonizatora niewiedzy starali się jak i on poznać ziarnko prawdy. Chcieli również uznać, że jest coś niepodważalnego, jest coś w co nie będzie trzeba wierzyć, coś zwane podstawą aprioryczną. Metodyczni sceptycy i tysiące innych dochodzili do coraz to wymyślniejszych fenomenów, zgodnie z którymi wierzyli w apeiron, idee, cogito, etc. Miliony domorosłych filozofów zgadzało się z nowymi mistrzami lub też uznawało, że nie mają oni racji. Wielu pogubiwszy się w tej gmatwaninie „mysłów” i „pomyśli” odeszło od poszukiwania istoty. Doszli do wniosku, że ktoś tu postawił zupełnie błędne pytanie. Zmienili więc pytanie i dalej gonili szczątki mistycznej prawdy transcendentu. Nikt chyba jednak nie doszedł do żadnego konstruktywnego skonkretyzowania. Zmiana pytania nie pomogła wiernym kościoła prawdy absolutnej. Niewierni bowiem wewnątrz swego domu szukać musieli tego co tak bliskie duszy każdego sześciolatka w parku. Dlaczego mamo? Każdy wciąż zadaje to samo pytanie bez względu na to jakiego wyznania rodzice jego i najbliższych grono.

Ale nie o tym…

Zostawmy filozofów filozofom. Zajmijmy się sobą. Wiarą, nadzieją, nauką…

Każdy z nas w coś wierzy – jeden w dobro, drugi w zło, jeden w Boga, drugi w szatana, trzeci powie, że stoi na zewnątrz i nie jemu decydować o tych sprawach. Uwierzyć, że można stać na zewnątrz jest bardzo piękną wiarą, ale wciąż tylko wiarą, a każda wiara może stać się fałszem.

* * *

– Odrzućcie wszystko. Chodźcie za mną – te słowa z kolei przypisuje się innemu z mędrców. Nie jest jednak ani łatwe ani przyjemne zrezygnować z całości swego dotychczasowego życia – przyznać, że mogło się trwać przez ileś kolejnych lat w błędzie. Ciężko jest popatrzyć wstecz i stwierdzić – no tak, nie miałem racji, powinienem posłuchać przyjaciela, rodziców, wewnętrznego głosu. I nie ważne z której strony tak zwanej barykady człowiek się znajduje – czy po stronie „odrzucających wiarę przodków”, czy też „trwających w zastanej wierze”. Wiara zaś nie dotyczy jedynie tak błahych problemów jak dobro i zło, ale także podstawowych według niektórych pytań: skąd, dokąd, dlaczego, kim? Zrozumienie niektórych prawd, jeżeli takowe istnieją, jest co najmniej trudne dla dzisiejszego człowieka – może on jedynie uwierzyć, że jest tak lub inaczej. Może również odrzucić wszelką wiarę i trwać w przekonaniu, że i tak nigdy się tego przecież nie dowie. Może też wiecznie szukać. Jest kilka rozwiązań, a każde ma swoje plusy i minusy. Żadne nie jest lepsze… A może…

Kiedy człowiek wszystko już zaneguje staje na pustyni nie wiedząc nawet czy to on stoi i czy istnieje pustynia na której właśnie się znajduje. Nie ma nic pewnego. Nie ma też nic co by go ograniczało. I ten właśnie moment jest przełomowy – w tym momencie może on stwierdzić, że skoro niczego pewnego nie ma na tym świecie nie ma po co żyć. Może jednak także stwierdzić, że skoro jest teraz całkowicie wolny, bo odrzucił wszelkie myśli zarówno cudze jak i własne, odrzucił wszelkie prawdy – może w takim razie stworzyć nową prawdę, w którą uwierzy. Po co? Właściwie nie wiem, chyba po to żeby mu się lepiej żyło… Nie warto? Być może. Ale jest coś co warto wtedy uczynić – popatrzyć na siebie. Zazwyczaj człowiek bowiem nie jest w stanie odrzucić wszystkiego – wierzy przynajmniej w to że odrzuca, albo w to, że odczuwa, wierzy, że czuje się źle lub dobrze. I może to jest właśnie granica. Może to jest prawda. Mędrzec powiada „zdaje mi się, że widzę”, lecz tak naprawdę to zdaje mi się, że czuję. Samo widzenie lub niewidzenie jest nieistotne, gdyż wzrok (nawet wzrok duszy) może nas mylić. Ale uczucie? Uczucie oczywiście też może nas mylić, ale jest dla nas ważniejsze. To że widzę lub nie, nie sprawia mi bólu… To że czuję sprawia mi ból. Lub przyjemność.

* * *

– Zanegowanie wszystkiego daje możliwość nieskrępowanego wyboru. Niewielu jednak udaje się odrzucić naprawdę wszystko. Zanegowanie wszystkiego sprawia, że człowiek czuje się bardzo samotny. Ale człowiek nie neguje zazwyczaj własnych odczuć – przyznaje im prawo istnienia. Dojść na sam koniec…

Po zanegowaniu wszystkiego nie ma już nawet odczuć. Nie ma nic…

Czy można powrócić ze ścieżki negacji?

Tylko zrozumienie własnej niczym nieograniczonej wolności może ocalić człowieka przed jego wyborami. Każdy wybór jest co prawda równy wobec świata, ale… Czy jest równy wobec wybierającego?… Nieważne. Ale czy jest on całkowicie wolny. Człowiek, który neguje zazwyczaj poszukuje wolności, całkowitej wolności i ostatniej granicy. Człowiek, który neguje jest zazwyczaj dużo bardziej wolny niż przeciętny człowiek, ale nieprzygotowany do takiej wolności nie wie co ma czynić, gdzie iść…

* * *

– Patos.

Wolność, która rozpościera swe skrzydła przed każdym, który zechce jedynie wyciągnąć ramiona w dążeniu do prawdy, ułudy bądź wyraźnego fałszu staje się siostrą, matką lub przyjaciółką. Przedstawia swoje powaby, które niejednego i niejedną mogą sprowadzić na manowce… (prawdy? życia? świata?)

* * *

– Umysł ludzki to przedziwny fenomen. Łączy w sobie dwa tak skrajne żywioły, a mimo wszystko udaje mu się funkcjonować w otaczającym go świecie z w miarę pozytywnymi efektami. Człowiek popychany przez siły destrukcji i konstrukcji w coraz to dalsze obszary wszechświata, balansując na krawędzi życia i śmierci, zastanawiając się (lub nie) o cóż do cholery chodziło jego stwórcy – śmieje się i płacze przez wszystkie lata swej chwilowej egzystencji poddając się wykluczającym – zdawać by się mogło – uczuciom i ciągle trwa. Minutę, godzinę, chwilę, ale jednak trwa. Kiedy zaś już przeminie przychodzi kolejny podobny mu agnostyk, ateista, deista lub nihilista i powiela jego sukcesy i porażki z zadziwiającym poczuciem odrębności, inności, wyjątkowości. I tak historia powtarza się od wieków. Każdy dorzuca jednak coś nowego co sprawia, że nie trwamy w miejscu. Trwamy w czasie… Zmieniamy się w czasie…

I to jest chyba piękne…

Każdy z autochtonów zamieszkujących tę małą zieloną planetę jest inny. A jednak wszyscy składają się w sumie z tego samego. Każdy robi co innego, a jednak wszyscy pragną tego samego. Każdy w coś wierzy…

Najpiękniejszy banał wszechświata – każdy w coś wierzy… A jednak, ileż w nim prawdy.

Bez względu na to kim jest – każdy w coś wierzy. Zarówno teista jak i ateista, materialista i idealista, nihilista, komunista, postmodernista – każdy z osobna i wszyscy razem. Mogą się oczywiście nie zgadzać w sprawach ideologicznych, ale jednak jest jakaś wspólna płaszczyzna, która sprowadza ich do tego samego poziomu. Wierzą, że kiedy dorzucą cukru do herbaty – będzie słodsza; wierzą, że bardziej smakuje im łosoś w pomarańczach niż karp w galarecie; wierzą, że po zimie następuje wiosna. Wierzą w naprawdę dużo wspólnych prawd.

I to jest piękne…

Piękne, że każdy może tutaj wierzyć w coś innego, a jednak wszyscy wierzą w to samo. Piękne, że istnieje tyle prawd spośród których kolejne pokolenia mogą wybierać to co dla nich jest najodpowiedniejsze. Piękne, że nikt nie odkrył jeszcze tej najprawdziwszej prawdy i wszyscy się błąkają. Choć może tę najważniejszą każdy poznał jeszcze zanim się narodził…

I Ty, i ja – również należymy do rasy wierzących. W co? Zapewne w coś innego, ale… Jesteśmy ludźmi. Przede wszystkim ludźmi. Jeszcze zanim samookreśliliśmy się jako mężczyzna lub kobieta, student lub licealista, profesor albo żul, gangster lub arcybiskup – ktoś nadał nam znamię człowieczeństwa. Czy był to bóg, czy matka natura – to w gruncie rzeczy nie jest tak istotne. Jesteśmy ludźmi. I to jest nasza wspólna płaszczyzna. We wszystkim innym możemy się nie zgodzić oprócz tego jednego. A właściwie inaczej – również w tym możemy się nie zgodzić, ale cóż to w gruncie rzeczy zmienia. I tak będzie to tylko wiara. I jak każda wiara – dla osób z zewnątrz wyda się ona jedynie przejawem ignorancji. „Wierzysz, że jesteś człowiekiem? Przespałeś chyba lekcję historii najnowszej.”

Najcenniejszą sprawnością jaką człowiek w tej mierze może osiągnąć jest zrozumienie własnej ignorancji. I Twoja wiara i moja tyle samo warte. A ignorancja nasza równa sobie wzajem.

Radość zaś czerpać z tego powinniśmy, że w takim razie wiarę swoją zmieniać możemy do woli. Lecz oczywiście nie jest to ani łatwe, ani przyjemne. A w wielu przypadkach nawet niewskazane.

Ludzkie życie – bezcelowy rząd zmian, którym możemy kierować w każdym obranym kierunku. Żaden kierunek nie jest ani lepszy, ani gorszy; mądrzejszy ani głupszy; słuszniejszy lub mniej słuszny, sprawiedliwszy lub mniej sprawiedliwy. Czy wybierzesz życie pod mostem czy w dzielnicy willowej, czy postanowisz pomagać czy przeszkadzać ludzkości – nie zmienisz faktu bycia człowiekiem. I nie staniesz się gorszy czy lepszy dzięki swoim wyborom. W czymże bowiem jest lepszy ten który wierzy, że zielony kolor bardziej pasuje do białego płaszcza, od tego, który z równie silnym przekonaniem twierdzi, że właściwszym byłby naprawdę czerwony. Niczym się także nie różnią od tego, który stwierdził, że nie ma i nie będzie płaszcza białego na ziemi. Kto rozsądzi abstrahując od swej własnej wiary czyj sąd słuszniejszy w tym sporze.

I tak wciąż płynie życie…

Aż do śmierci… Przynajmniej taki jest jeden z poglądów. Śmierć jest tam końcem, smutnym epitafium. Ale to jest bardzo smutna wiara, którą można zastąpić inną.

* * *

– Bo właściwie kto powiedział, że po śmierci nic nie ma – ludzie. Tacy jak ja, może również tacy jak Ty, którzy po prostu w to uwierzyli. Ale oni niekoniecznie mieli rację. Mogli się mylić – jak to ludzie.

* * *

– Życie może być piękne jeżeli tylko takim je uczynimy. A z tymi, którzy musieli na chwilę wyjechać gdzieś dalej kiedyś się jeszcze spotkamy. Kiedy i gdzie tego nie wiem, ale wierzę, że kiedyś to nastąpi.

* * *

– Na początku było dzieciństwo – wspaniały okres, w którym człowiek nie miał praktycznie żadnych większych problemów. A dokładniej… problemy jego były na jego miarę. Mały człowiek – małe problemy… Oczywiście, subiektywnie na to patrząc to nie całkiem tak…

Na początku człowiek był ograniczony przez swoje ciało, które nie poruszało się tak jak człowiek mu proponował. Byli też rodzice, którzy mówili co wolno, a czego nie wolno. I to było piękne w pewien sposób – patrząc z późniejszej perspektywy.

Później nadszedł okres pierwszych buntów – pierwszych łamanych barier – pierwszych pokonywanych przepaści. Dążenie do wolności w tym okresie przesłaniało cały ograniczony świat. Każdego dnia pojawiały się nowe – fascynujące granice, które należało przekroczyć. Człowiek nie musiał zastanawiać się nad tym co będzie kiedy złamie już wszystkie możliwe zabezpieczenia, kiedy wyzwoli się spod jarzma wszelkich istniejących ograniczeń. Świat był wtedy bowiem czymś tak cudownie nowym, tak zapraszającym do poznania… To były piękne czasy…

Niestety w pewnym momencie musiał w końcu (a może niekoniecznie) nadejść moment, w którym ostatnie więzy zostaną odrzucone, moment w którym człowiek stanie się całkowicie wolny. Niewielu jest na to rzeczywiście i dobrze przygotowanych. Większość bowiem przez dotychczasowe życie czuło się ograniczonych i cały czas poświęcało na zdobywanie owych kolejnych szczytów, kolejnych sukcesów. Przez to, że byli ograniczeni, ich świat był w jakiś sposób zorganizowany, nikt nie potrzebował się zastanawiać co by było gdyby, gdyż to co było wystarczało. Można powiedzieć człowiek ograniczony jest szczęśliwy, bo jest zakotwiczony. Posiada jakieś wartości, ideały, cele życiowe. Są sprawy do których jeszcze nie dorósł i które może jeszcze rozwiązać. Natomiast w chwili zbliżenia się do jednej z ostatnich krawędzi wolności jego życie zaczyna się dziwnie zmieniać…

Dla wielu przełamywanie barier stało się sposobem na życie. Powody? Uznali, że człowiek powinien gdzieś dojść i że to co zaoferował im świat jest niewystarczające.

Po osiągnięciu pewnego poziomu wolności człowiek zaczyna zauważać możliwość negacji pewnych stałych, wartości, pewnych „oczywistych prawd”. Negując je kroczy ścieżką Sokratesa, Platona, Kartezjusza, Hume’a i kolejnych filozofów poszukujących. Coraz więcej sfer życia dotychczas tak pięknie ułożonego staje się niepewne, możliwe, ale nie konieczne. Świat zaczyna się powoli rozmywać. Taka wizja może przerazić. Człowiek, który znajdzie się na takim etapie zapewne odczuwa coraz większy strach związany z odrzuceniem ostatniej możliwej alternatywy. „Wiem, że nic nie wiem” (a nawet tego nie wiem) nie jest wcale łatwym i przyjemnym sposobem na życie dla człowieka, który wychowany został w świecie i dla świata. Tymczasem teraz sam sobie ten świat odbiera – neguje całokształt osiągnięć nie tylko swoich, ale także całego gatunku ludzkiego. To naprawdę nie jest przyjemne.

W tym momencie człowiek staje właśnie na krawędzi wolności całkowitej. Stąd też prowadzi dalej kilka możliwych do wyboru ścieżek. Tu pojawiają się również pytania o sens istnienia – te same, które u innych, ale jednak w zupełnie innym wymiarze. Dla niektórych pytanie o sens jest wyborem spośród wielu możliwości, dla człowieka stojącego nad krawędzią jest to pytanie przekraczające dotychczasowe osiągnięcia ludzkości. Teraz człowiek szuka znowu jakiejś podstawy, jakiegoś dawno utraconego sensu, jakiejś prawdy. Tu zaczynają rodzić się myśli filozoficzne i zagubione. Tu jest ostatnia krawędź. Człowiek stoi sam na sam przed wyborem pomiędzy nicością a sensem, brakiem a wartością. Tu człowiek zaczyna zauważać, że całkowita wolność oznacza również całkowitą pustkę, niebyt, nicość, negację. Jeżeli wolność jest tak nieograniczona to mogę wszystko, ale co w takim razie warto robić, do czego warto dążyć, po co żyć? Takie i inne pytania błąkają się nad ową ostatnią przepaścią i napadają znienacka turystów, którzy przybyli tam nieświadomi zagrożenia płynącego z wnętrza tej głębiny. Wielu w tym momencie traci zmysły, całkowicie gubi się w swojej wolności i nie ma zielonego pojęcia co ma dalej uczynić. Niestety nie stoi tam zazwyczaj żaden mędrzec, który mógłby wskazać prawidłową drogę. A nawet gdyby stał – człowiek, który tam się już znalazł nie byłby w stanie go wysłuchać. Przecież mędrca też można zanegować.

Całkowita wolność daje możliwość negacji wszystkiego. Człowiek, który ją otrzymał nie jest w stanie znieść jej ogromu, siły. Zazwyczaj bowiem jest jeszcze dzieckiem na drodze rozwoju, jest młody i nie ma zielonego pojęcia o tym jak odpowiednio mógłby wykorzystać osiągniętą wiedzę. Całkowita wolność wzbudza nieprzejednany strach i lęk przed samą sobą. Zagubiony mały człowieczek krzyczy wtedy dokoła, ale nikt go nie słyszy, gdyż wszystkich i wszystko już zanegował, odrzucił. Pytania „gdzie jest wyjście? którędy mam iść? dokąd?” nie uzyskują żądanych odpowiedzi. Prośba o wskazanie ścieżki, sensu i wartości nie zostaje wysłuchana…

W tym momencie należy się na chwilę zatrzymać. Usiąść i odpocząć. Wysłuchać wszystkich swoich myśli i postarać się je zrozumieć. Tylko w ten sposób odnajdzie się właściwą drogę.

A co można usłyszeć? Po pierwsze owo tak znane wszystkim pytanie o sens istnienia. Kołata się ono po naszej głowie i nie daje ani spać, ani normalnie funkcjonować. Dlaczego właśnie to pytanie? Skąd ono się wzięło i do czego jest nam potrzebne?

Całkowita wolność oznacza brak sensu. Człowiek natomiast przyzwyczajony do swojego małego świata sensu i bezsensu nie może się z tym pogodzić. Bo skoro utraci sens, cóż mu pozostanie? Człowiek, który zawsze pragnął odrzucenia wszelkich możliwych granic teraz nagle panicznie zaczyna ich szukać. Potrzebuje granic, aby pozostać sobą, aby nie czuć tego przerażającego lęku, który wzbudza w nim całkowita zmiana dotychczasowego życia. Człowiek ten nie jest wolny i częściowo nie chce nim być. Ale boi się przyznać przed samym sobą, że ogarnął go lęk. Woli krzyczeć i szukać sensu niż zaglądnąć w głąb siebie. Lęk, który się tu pojawia jest czasami tak silny, że ludzie wybierają zamiast bycia wolnym zniewolenie wolnością.

Człowiek zniewolony wolnością potrzebuje granic i tworzy je gdzie mu się tylko uda. Człowiek zniewolony wolnością w momencie kiedy ujrzy jakąś granicę musi ją pokonać, musi zdobyć ten kolejny szczyt, albo osiągnąć kolejne dno. Lęk przed wolnością nie pozwala mu odrzucić żadnej możliwości przekraczania. Człowiek taki ma duże szanse osiągnięcia najwyższych szczytów kariery i władzy, ale może też osiągnąć najgłębsze dno. Jedno od drugiego niewiele się różni gdyż człowiek ten nie jest wolny i nie może się takim stać dopóki nie zrozumie dlaczego jest taki jaki jest. To gdzie się znajdzie zależy od tego skąd zaczynał, jakie możliwości dało mu społeczeństwo…

Zawrócenie z raz obranej ścieżki… Jest bardzo ciężkie. Bez względu na to czy jest to ścieżka sukcesu czy porażki, „dobra” czy „zła”. Cholernie trudno jest powiedzieć samemu sobie „słuchaj stary przez te naście, bądź dzieścia lat byłeś w błędzie. Zawróć teraz i idź nową ścieżką, nie tą którą wcześniej wybrałeś, a tą którą wybierasz teraz”. Oj, to nigdy nie jest proste. Dlatego większe szanse mają Ci, którzy jeszcze za daleko nie zaszli. Ale nic to…

Jedną ze ścieżek prowadzących znad ostatniej przepaści jest ścieżka prowadząca do wolności. Kiedy wybierze się wolność nadejdzie zrozumienie.

Sens nie jest potrzebny. A przynajmniej sens, który mogą zaoferować inni. Kiedy jesteś wolny zauważasz cały świat z wszystkimi jego możliwościami. Widzisz wszelkie zbudowane przez innych ścieżki i rozumiesz, które zostały z jakiego powodu zbudowane. Teraz możesz skorzystać z każdej z wypracowanych już strategii, ale możesz też stworzyć swoją własną. Możesz stworzyć własne wartości, możesz wytyczyć nową ścieżkę. W tym momencie sens przestaje Ci być potrzebny, gdyż sens zdobyty w sposób niewolny jest jedynie ucieczką, jest związaniem, utrzymaniem starego porządku i chwilowego spokoju ducha za cenę wolności. Wolność natomiast, choć rzeczywiście z początku straszna i ogromna zaczyna w Twoich rękach kształtować się tak jak sobie tego zażyczysz.

Kiedy zdobędziesz się na całkowitą wolność stajesz się na nowo niemowlęciem, które poznaje nowy, cudowny świat do którego właśnie weszło. Tym razem był to jednak Twój wybór. Sam wybrałeś, że chcesz się narodzić dla wolności. I to był bardzo piękny wybór. Kiedy spojrzysz na świat, który się przed Tobą rozpościera zauważysz jego ogrom. Nie bój się go. To jest właśnie wszechświat możliwości. Każdy Twój krok – udany lub nie – będzie krokiem do wiedzy, do osiągnięcia sprawności w poruszaniu się w tym nowym świecie. Można powiedzieć, ze uczucie którego doznasz będzie czymś transcendentnym. Już nigdy nie będzie tak jak dawniej.

Każdy Twój wybór w nowym świecie będzie dobry, każdy będzie właściwy, każdy będzie wolny, każdy będzie Twój. Możliwe, że na początku nie uda ci się objąć rozumem tej całej wolności – kieruj się więc uczuciem. Wybierz to co uznasz za odpowiednie właśnie dla Ciebie. Może to być skok z mostu lub pomoc bliźniemu. Teraz to już nie jest ważne co wybierzesz.

A sens? Jaki jest sens życia gdy wszystko wolno? Nie ma sensu. Sens jest potrzebny do opanowania świata dziecięcego, sens jest potrzebny kiedy się obawiasz. Sens jest naleciałością kulturową naszych czasów. Nikt przecież nigdy nie powiedział, że sens jest najwyższą mądrością. A nawet jeśli ktoś tak powiedział – to przecież ludzie już wiele razy się mylili.

Podstawą po przekroczeniu kolejnej ostatniej granicy jest wolność. Teraz nie musisz już niczego negować. Możesz, ale nie musisz. Granice, które teraz się pojawią staną się dla Ciebie całkowicie przekraczalne. Zrozumiesz, że możesz znaleźć się po obu ich stronach jeśli tylko tego zapragniesz. Zrozumiesz, że nie musisz przekraczać wszystkiego co napotkasz, nie musisz łamać barier. Teraz sam wybierasz co chcesz, a czego nie chcesz robić. Wybór nie określa ciebie, tylko Ty określasz wybór. Jesteś wolny.

Oczywiście możesz teraz powiedzieć, że to wszystko co tu usłyszałeś nie ma sensu. I może masz rację. Pamiętaj – każdy może się mylić – i ja i Ty.

W pewnym momencie sam stworzysz swój sens, swoje życie szczęśliwe lub nie, swoje wybory wolne lub nie. Od Ciebie tylko zależy kiedy i jak to uczynisz.

Na początku była miłość dwojga ludzi a z niej powstało nowe dziwne życie…

* * *

– I co o tym myślisz?

– Proszę? – wyrwała mnie z jakiegoś dziwnego otępienia wywołanego słuchaniem niezrozumiałego wywodu Janusza.

– Prawda, że to mądre? Ja zgadzam się z tym całkowicie.

– Tak. – chciałem zapytać z czym, ale wiedziałem, że pytanie to było bez sensu. Nawet bowiem gdybym uzyskał odpowiedź nie mógłbym się do niej ustosunkować, gdyż od połowy przemowy znalazłem się we własnym świecie – stare przemyślenia, które budziły się na nowo. Kwiat po raz kolejny wyłaniający się spod śniegu. Coś się zmieniało. Nie wiedziałem co, ale przerażało mnie to i fascynowało zarazem.

– Bartek! Co z tobą? Halo!

– Tak?

– Odpłynąłeś.

– Ja? A, tak. Przepraszam. Zamyśliłem się nad tym…

– Dobra, widzę że nie należy Ci teraz przeszkadzać. Ziarenko trafiło na podatny grunt.

– Aha… nie, tak tylko… – oby tylko nie za bardzo, muszę przyznać, że cholernie się obawiałem siły Janusza. Długość jego monologów sprawiała, że większość słuchających po godzinie przestawała się zastanawiać nad tym co mówi, a jedynie chłonęła treści, które sączyły się z jego jakże pięknych opowieści…

Czy mam prawo oceniać to co się tam działo? Chyba tak… Przecież nawet Janusz dał mi do tego prawo…


ROZDZIAŁ 6.

Frakcja Mateusza. Janusz czasami bywał zły. Jak taki człowiek mógł być na kogokolwiek zły? Zastanawiałem się nad tym czasami, ale zrozumiałem to dopiero gdy poznałem Mateusza. Był w naszym wieku. I wierzył właściwie w to samo co Janusz… tylko inaczej.

* * *

“Kolejny wybuch w dzielnicy II. Na miejscu znaleziono podpis sprawcy – <<powodzenia i dużo zdrowia>>. Policja podejrzewa szaleńca lub jakąś sektę…”

* * *

Mateusz wierzył, że po śmierci i przed życiem. Wierzył w Janusza i jego opowieści. I żył zgodnie ze swoją wiarą. I czynił dobro.

– Witaj, czy chcesz być uleczony?

– Witaj, nie. Dziś jeszcze nie czas na mnie.

– Bądź więc pozdrowiony i odejdź.

– Bądź więc pozdrowiony i uzdrawiaj.

Nie potrafiłem zrozumieć na początku o czym mówią… Nie mieściło się to w moim umyśle… Jak wiarę Janusza…?

A jednak mieli w tym trochę racji. Czynili dobro w imię swojego Boga, jak wielu przed nimi. Pomagali podjąć decyzję – może trochę na siłę, ale kiedy dziecko nie chce jeść, a my wiemy, że to dla niego dobre to powinniśmy zmusić go do jedzenia… Czyż nie mieli racji?

Niebieska pigułka… i dobre słowo na nową drogę życia…

* * *

– Czy życie jest popieprzone – nie mnie o tym decydować

czy dojdę tam gdzie plan wytyczyłem i..

gdzie od dzieciństwa społeczeństwo mnie wysyłało…

nie wiem i nie jest to istotne..

co jest ważne to kwestia starości – dlaczego?

właściwie sam nie wiem – może dlatego, że nic więcej człowiekowi nie zostaje na starość?

a może dlatego, że jest to najpiękniejszy okres naszego życia – młodość…

bez niej życie byłoby bezbarwne, nudne, mało ambitne w swej istocie…

gdybyśmy zamiast dziećmi rodzili się dorosłymi nic nie było by tak świeże i zabawne, tak cudownie niepewne, zakręcone tuż przed pierwszym sprostowaniem…

gdyby nie dzieciństwo, które jest najlepszym, trzeba to przyznać, okresem – życie nie miałoby takiego posmaku kawioru, który dopiero co opuścił łono matki a już jest największym przysmakiem olbrzymiego smoka, któremu na imię życie…

właściwie nie powinno się mówić, że w wieku lat dwudziestu jesteśmy dorośli, kiedy wciąż jeszcze oglądamy kreskówki kinowe, które przenoszą nas w okres naszej starości – dzieciństwa – młodości?

czym jest kierunek, zwrot, przyspieszenie neuronu, który wypuszczony kiedyś – dawno temu w czasie wielkiego wybuchu teraz nagle postanowił spłatać figla zielonej przyrodzie i wydać na świat potomstwo w postaci niczego nie rozumiejącego gatunku, który wstaje codziennie rano do pracy tylko po to, aby przyczynić się dla innych neuronów, komórek tłuszczowych, ludzkości, portfela, śliny produkowanej w trakcie orgiastycznego śmiechu z samego siebie, który to śmiech nazywa się dla pozorów zrozumienia napędem życiowym każdego zdrowego układu humoralno – hormonalnego…

gdyby nie z dawien dawna kultywowana tradycja dzisiejszego dnia nie byłoby wojen plemiennych, gigantów finansowych, zaawansowanych społeczeństw, Newtona, Kartezjusza, postmoderny, NewAgu, OldAgu, braci Grimm, Kopernika, Cobaina, Monthy Pythona i Jana Sebastiana Bacha…

ale właściwie jakby się tak zastanowić – to nikogo z nich nie ma… Patrząc na nas z perspektywy pierwszej lepszej planety jesteśmy nic nie znaczącymi mikrobami, które potrzebują śmiechu, płaczu, pieniędzy, kultury, prezydenta, Nowego Roku i Placu Czerwonego…

nie potrafilibyśmy – my wielkie małe mikroby przetrwać dłużej niż jakikolwiek żółw, dąb, układ gwiezdny, mikrosystem makrocząsteczkowy, stan energetyczny…

człowiek potrafiący wytworzyć w ciągu minuty tysiące słów, z których żadne w warstwie najwyższej nie ma najmniejszego znaczenia tuła się jak ten pradawny Odyseusz od Itaki do Syren spotykając po drodze masę bogów, którym składa na wszelki wypadek hołd mówiąc jednocześnie że on tylko tak dla podtrzymania tradycji… a tak naprawdę nie ma nic lepszego do zaoferowania, albo nawet jeśli ma to i tak kończy jak … i tu kilka nazwisk, które dla każdego wskazują wielkiego człowieka, ale o których lepiej nie mówić, bo przecież oni byli wielcy, a nam się nie chce…

wyuczona bezradność, która każe usiąść w kącie i płakać… To zbliża, kiedy tak siądzie się przed ścianą i razem z tysiącem i czterdziestym czwartym zacznie się wybierać zabawki z drugiej półki, odzież z drugiej ręki, życie z wyprzedaży…

najwyższy czas pogodzić się, że stworzenie dla grupki przyjaciół i małego świata jest jedynym na nasze siły i bez większej radości cieszyć się życiem, którego nawet nie posiadło się na własność, a jedynie dostało na chwilkę w momencie wynajmowania pięknego lub ohydnego ciała i psychiki…

dziś nawet psychiki człowiek nie posiada samodzielnie – wszystko zdobył dzięki genom, środowisku, milionom mrówek, którym jak on zdawało się, że są wyjątkowe, a tak w rzeczywistości uległo kolejnej reinkarnacji z mrówki zet do mrówki igrek…

to wszystko bardzo dobrze, że świat jest taki piękny i nikt nie ma zamiaru nic zmieniać, bo te kilka zaledwie tysięcy, które gdzieś kiedyś będzie musiało odejść to przecież nie istotne – carpe diem póki możesz, a potem memento – jutro… będzie gorzej…

czy każdy chory jest w stanie połączyć się z innymi – sobie podobnymi w grupę i stworzyć zdrowe społeczeństwo i udawać że wszystko jest w porządku tylko dlatego, że kolejne pokolenie nie ma głosu i prawa wypowiedzenia swoich racji, które zresztą są dokładnie jednakowe z wcześniej ojcowsko-matczynymi ideałami dzieci kwiatów, yuppich-szczurów, pokolenia przełomu tysiąclecia i następnych wcześniejszych którzy już bądź dopiero za chwilę, odejdą do lamusa mikrobiej historii, sprawiając że inne mikroby będą miały jak zająć swój czas ciągle grzęznąć w ciepłej kąpieli błotnistego bagna, które oczyszcza pory aż do dna…

właściwie próba zmiany przyzwyczajeń państwa (które zasiada przy suto zastawionym stole i zmierza prosto do przepaścistego gardła matki ziemi, która tak by się zdawało eksploatowana, a jednak tak ciągle potężna – pożerająca wszelkie bakterie mieniące się ludzkim posmakiem) jest nierozsądna i sprawi pożywkę dla ziemi wcześniejszą niźli w gwiazdach jest nam zapisane…

najlepiej więc usiąść na czterech nogach od stołu i modlić się do bałwana sklerozy, niewiedzy, głupoty i wiary, który pomimo swoich wszelkich niedociągnięć i pełnego zakończenia zbawienia daje poczucie wspólnoty, łączności z innymi jak my idiotami, którzy bieżą przez życie bez najmniejszej wskazówki co do cholery robią i po co? dla jakich ideałów? za jakie „pieniądze”?

* * *

Albo pomóc im zrozumieć… Albo dać im życie… Nie potrafię opisać oczu tego człowieka. Były młode i stare zarazem, piękne i przerażające. Był w nich strach przeogromny i agresja i siła wiary w słuszność swojej decyzji. Nie potrafię przypomnieć sobie jak się czułem… a może przypominam sobie… I ciągle się tak czuję…

Był jak inni… był sam… zginął dla sprawy.


ROZDZIAŁ 7.

– Wytłumacz mi proszę, bo nie rozumiem. Ja? Ty?

Kolejne spotkanie. Powoli przestawałem kontaktować się z kimkolwiek innym i Janusz stał się moją wyrocznią we wszystkich kwestiach. Jeżeli miałem problem lub przeczytałem coś ciekawego, był pierwszą osobą do której przychodziłem. Może to był błąd. Może nie powinienem był. Może w ten sposób “pomogłem” mu podjąć decyzję. Niemniej jednak to było silniejsze ode mnie. Możliwość skonfrontowania się z nim i jego poglądami to jak rzucić wyzwanie Smokom z Gór Szarych.

Tylko najodważniejsi mogli z nimi walczyć. Tylko najsilniejsi wychodzili z tej walki żywo.

Z Januszem było podobnie. Chwila zwątpienia i ustąpienia pola pozwalała mu przejąć całkowitą kontrolę nad sytuacją. Bałem się tego, ale nie mogłem zrezygnować z szansy pojedynku…

* * *

– Jeżeli ja nie mam prawa decydować o własnym życiu i życiu drugiego człowieka, to któż ma to prawo? Mądrzejsi, bogatsi, silniejsi? Nie. Ja mam to prawo i ma je drugi człowiek. I tylko my możemy decydować o własnym życiu bez względu na naszą głupotę, biedę, słabość. Jestem człowiekiem i decyduję o swoim życiu. Jesteś człowiekiem, Ty więc decyduj o swoim.

Moje prawo pozwala mi jednak także oddać się w ręce mądrzejszych, aby mnie uczyli, bogatszych, aby się mną opiekowali, silniejszych, aby mnie wzmocnili. Pozwala, ale nie nakazuje. Pozwala się oddać, pozwala również odebrać. To ja. To Ty.

* * *

– „Ten kto mówi, że to już koniec – zawsze się myli”

Nie posiadam wartości apriorycznych. Posiadam jedynie aposterioryczne – stworzone na podstawie własnego i cudzych doświadczeń. Nie są one ani złe ani dobre. Są po prostu moje. I wiem, że w każdej chwili „mogą się one zmienić”… Nie. Wiem, że to ja „mogę je zmienić”. Tylko nie czuję ku temu powodu. Moje wartości są dobre dla mnie i dla „mojego” świata. Czy to relatywizm wartości? Czy głębsze zrozumienie porządku wszechświata?

* * *

– Gdybym wychowywał się wśród wilków, żyłbym jak wilk.

Gdybym wychowywał się wśród małp, żyłbym jak małpa.

Gdybym wychowywał się wśród ludzi nieświadomych, żyłbym jak i oni.

Wychowywałem się wśród świadomych… I staram się żyć tak jak oni.

* * *

– Wartościowanie lepszy – gorszy nie ma sensu.

Ma natomiast sens wartościowanie mądrzejszy – głupszy (ilość wiedzy), wyższy – niższy (ilość wzrostu), biały – czarny (ilość pigmentu), kobieta – mężczyzna (liczba chromosomów)… Tyle tylko, że te wartości to głównie ilości: ilość wiedzy, wzrostu, barwnika, hormonów, chromosomów, etc. etc.) Nie mają one nic wspólnego z Wartością Człowieka i Człowieczeństwa. Bo to zawsze Człowiek przez duże C: mądry Człowiek, głupi Człowiek, wysoki Człowiek, niski Człowiek, biały Człowiek, czarny Człowiek, kobieta Człowiek, mężczyzna Człowiek… Jakości i ilości nie zmieniają faktu Człowieczeństwa. I nie dają prawa do oceny: lepszy Człowiek – gorszy Człowiek…

Ten zaś kto dokonuje takiej oceny to również Człowiek. Być może głupszy, ale być może mądrzejszy, być może nieświadomy, a być może nadświadomy. To Człowiek, który wierzy w swój opis rzeczywistości. Ale to niekoniecznie Człowiek, który ma rację. Jednak wciąż, nawet jeśli nie ma racji, to Człowiek. Ani lepszy, ani gorszy. Po prostu Człowiek. Każdy z nas to Człowiek.

* * *

To w co wierzymy to jedno. To co wiemy to zupełnie co innego.

* * *

Dlaczego???

Dlaczego uwierzyłaś? Kochałem Cię, wszyscy Cię kochaliśmy. Nie wierzyłem. Zgadzam się. Ale wiedziałem swoje. Miałaś przyjaciół i świat.

Dlaczego wybrałaś coś czego nie rozumiem?

Dlaczego?


ROZDZIAŁ PRZEDOSTATNI.

Niektóre jego opowieści były jeszcze bardziej zakręcone od innych. Niby metaforycznie, niby poprzez siłę skojarzeń mieliśmy się uczyć… Może też stylizował się trochę na wypowiedziach wielkich z poprzednich pokoleń…

* * *

Ostatni krok Barnabiusza…

Biegł najszybciej jak mógł w jakimś dziwnym szale, niczym opętany przez złego ducha… Kiedy na niego patrzyli, on tylko chował głowę w kołnierz płaszcza i jeszcze mocniej zagryzając zęby udawał się na spotkanie przeznaczenia…

Wydawało się, że sytuacja jest bez wyjścia, ale niektórzy obserwatorzy mieli jeszcze nikłą nadzieję, iż to wszystko okaże się tylko złym snem, że za chwilę Barnabiusz zatrzyma się i powie “żartowałem… nie bójcie się – ja wcale nie zamierzam skakać… przecież nie jestem taki głupi…”

Ale Barnabiusz coraz bardziej zacięty w swoim postanowieniu nie mógł już zrezygnować z podjętej próby… choć rozum podpowiadał mu, że istnieje duże prawdopodobieństwo, iż popełnia właśnie największy… i zarazem ostatni błąd w swoim życiu… Niestety było już za późno. Słowo się rzekło jak mawiają niektórzy i Barnabiusz nie mógł się wycofać…

W ostatniej chwili – tuż przed przepaścią spojrzał jeszcze na Euzebę… Było to zaledwie przelotne spojrzenie, ale jakże wiele mówiło… Jakiż smutek wypływał z jej oczu, nie był to bunt przeciw niesprawiedliwości wszechświata, nie była to złość czy wściekłość na Barnabiusza, który podjął wyzwanie, nie była to nawet niemoc… Był to czysty, najczystszy na świecie smutek pogodzenia się z czymś czego bardzo się nie chce, co można przerwać, ale w imię miłości, przyjaźni, czy też innej zasady, rezygnuje się z własnego „ja” na rzecz tej drugiej osoby… Smutek przywiązania i zrozumienia jego wolności.

Nic chyba nie mogło bardziej zaboleć Barnabiusza…

Jeszcze mocniej zapragnął, aby to wszystko się już skończyło… aby nigdy więcej nie ujrzeć tych oczu, które milcząco opłakiwały jego przyszłą śmierć, aby swoim skokiem uczcić te oczy… i aby dać świadectwo wolności umysłu… panowania umysłu nad ciałem…

Turyści, gdyż tak można ich nazwać, którzy przyszli zobaczyć jak młody Barnabiusz zmaga się z niedoścignionym marzeniem, które albo przysporzy mu sławy, albo zapewni niekończący się upadek na sam spód świata… a przynajmniej przepaści. Turyści, których Barnabiusz zobaczył, nie byli smutni… Byli raczej zdziwieni – nigdy w życiu nie przeszło im przez myśl, że można spróbować przełamać najbardziej podstawową zasadę fizyczną… Niemniej jednak w świetle faktów jakimi właśnie byli raczeni, nie mogli już dłużej udawać, że nie ma na świecie “wariatów i wizjonerów” – i jedni i drudzy są trudni dla otoczenia, i jedni i drudzy wprowadzają zamęt w spokojne życie turystów.

Barnabiusz wiedział, że gdy skoczy i nie uda się mu… Teraz już zupełnie nie wierzył w powodzenie swojej misji oderwania się od ziemi, do której z każdej strony przybity jest co najmniej tysiącem gwoździ… Wiedział, że gdy już upadnie – w umysłach tych ludzi ma szansę przetrwać, podlać kiełkujące być może, a być może dawno zapomniane – przysypane ziemią – ziarenko szaleństwa, buntu wobec zastanych reguł, zastanowienia nad apriorycznością sądów czysto aposteriorycznych.

Turyści napawali Barnabiusza optymizmem, bo przecież “nie wszystek umrze”. Przetrwa… tyle tylko, że nie będzie mógł się z tego cieszyć…

Ostatnie trzy kroki…

Smutne oczy Euzeby spotkały się jeszcze raz z szaleństwem Barnabiusza…

Dwa kroki…

Pierwsza łza spłynęła po jej policzkach…

Ostatni krok… … … …

Trwał sekundę, a może minutę, godzinę, rok lub całą wieczność…

Barnabiusz… Euzeba… Turyści…

Zatrzymał się…

Zatrzymał się czas? Czy to tylko krzyk Euzeby i ostatni krok Barnabiusza? “Skoczy kiedy indziej?” “Jeszcze nie czas?…”

* * *

Dłoń Euzeby

Euzeba podniosła swoją dłoń do góry i spojrzała na nią… Przez chwilę milczała… chyba nie za bardzo wiedziała co można, bądź wypada, powiedzieć w takiej sytuacji…

– Patrz, Barnabiuszu. To moja dłoń.

Barnabiusz równie zdziwiony jak zakłopotany tym jakże banalnym stwierdzeniem, po sekundzie zastanowienia wybąkał:

– Piękna… Bardzo mi się podoba.

Nie wiedział biedaczyna jak daleko od przemyśleń Euzeby padł jego strzał. Można powiedzieć – tak jakby trafił na Księżyc wybierając się na Słońce…

Dłoń Euzeby była bowiem nie tylko piękna, jak zresztą słusznie zauważył Barnabiusz, ale także nadzwyczajnie interesująca z punktu widzenia fizyki…

Euzeba zobaczyła dłoń… Spojrzała głębiej, dłużej, intensywniej… i zobaczyła pory na skórze… żyły… poszczególne tkanki… przebiegające neurony… przepływającą krew… szeregi aminokwasów… setki tysięcy milionów cząsteczek cukrów… miliardy milionów atomów tlenu, wodoru, węgla, azotu, żelaza… i wciąż patrzyła…

– Patrz Barnabiuszu. To moja dłoń.

– Piękna… Bardzo mi się podoba.

Spojrzała głębiej i zauważyła fotony i leptony, kwarki i antykwarki… i wciąż patrzyła…

W pewnym momencie nie widziała nic… świat realny, tzw. materialny przestał istnieć – nie mogła już zaczepić oka na żadnym składniku swojej ręki… a przecież ona tam była… i była piękna…

Zobaczyła jak świat zaczyna fluktuować, jak teoria chaosu przeobraża się w rzeczywistości jej dłoni… Była bliska płaczu… i śmiechu jednocześnie…

Ale proces postępował…

– Patrz Barnabiuszu…

– Piękna…

– To moja ręka…

– To moje nogi…

– To mój brzuch…

– To moje piersi…

– To moja szyja…

– Piękna… Naprawdę mi się podoba…

Już go nie słyszała. Przestała istnieć, choć on wciąż ją widział, choć wciąż nieśmiało komplementował jej ciało, choć wciąż słuchał jej głosu, którego nie było… bo jak mógł być skoro nie było właścicielki…

A głos, którego nie było wciąż i wciąż powtarzał co do niego należy… co jest nim… z czego się składa… Tyle tylko, że sam już w to nie wierzył…

– Patrz… – mówił głos, który nic nie widział, gdyż stał się tym co widzi i widziane jednocześnie – niewidzialnym odbiciem…

Euzeba jeszcze przez chwilę trwała w niebycie własnego ciała, w łączności z tym co niektórzy nazywają pramaterią, odwieczną zasadą wszechświata… ale trwała tylko po to, aby za moment znów zasnąć… i śnić o swojej szyi, nodze, dłoni…

Gdyby nie usnęła, Barnabiusz nie zaznałby nigdy więcej piękna rozmów, dyskusji i dywagacji swojej Euzeby… A ona nie zaznałaby niepewnych, acz za każdym razem trafniejszych odpowiedzi swego Barnabiusza…

Musiała usnąć, gdyż Barnabiusz – część świata którego nie było – był jej częścią…

Część niebytu była niebytu częścią…

Następnego dnia Euzeba znów zaczęła zastanawiać się nad swoim światem.

Tym razem dużo szybciej wpadła w wir fal i fluktuacji subatomowych kwantów świata widzialnego. I znów zniknęła, ale tym razem Barnabiusz był razem z nią. Stali się jednym gdyż być czymś innym nie mogli – zbyt wiele ich łączyło… Te same tkanki, te same atomy… Ich ciała znalazły się w tak bliskiej okolicy, że wymiana wszelkich substancji tworzących niemal natychmiast połączyła umysły nieistniejących. A On patrząc przez wielki mikroskop zauważył, że ciężko byłoby oddzielić gdzie on się kończy a ona zaczyna… więc pozostawił ich w spokoju, stwierdziwszy tylko, że teraz są jednym.

Barnabiusz-Euzeba Euzeba-Barnabiusz nie mogli pojąć co się stało – stało się przecież niemożliwe, a jednak się stało…

Świat, który dane im było oglądać na zawsze oddziałał na ich psychikę… a przecież i tak w końcu zasnęli do normalnego życia, w którym znów byli tylko Euzebą i Barnabiuszem.

Jak wygląda tamten świat – ten prawdziwy?

Nie wygląda – jest w nim tak jak opisują: wszystko i nic – jest jedność… ale jest również wyjątkowość, gdyż jedność w miejscu i czasie jest tylko częścią jedności, która pomimo tego, że całą jest jednością, jest jednak jedynie jej częścią…

Nie wiedząc czemu działo się to wszystko oboje byli trochę zasmuceni, godzili się mimo tego na to co zastali, gdyż wiedzieli że jest to tylko chwila…

Barnabiusz i Euzeba nie mogli być… a może mogli…

Nabrani przez świat, nabici w butelkę przez wyznawców snów i rzeczywistości, z których i jedni i drudzy namawiali do wstąpienia do jednego ze światów i całkowitej rezygnacji z drugiego… Wiedzieli, że to nie ma sensu… Jakże bowiem ktoś kto był tam i tu mógłby powiedzieć, że ten albo tamten jest lepszy – że istnieją dwa światy, gdy przecież jest tylko jeden.

Dwie strony tej samej monety, dwa zbliżenia tego samego mikroskopu, dwa zdania – ogólniejsze i bardziej szczegółowe, dwa spojrzenia – z prawej i z lewej strony. Dwa… a może trzy…

Rezygnować? Nie leżało w ich naturze – świat był zbyt wszędobylski, by zdecydować się na zaledwie częściowe jego spostrzeganie…

A jednak zdawali sobie sprawę, że mimo całych swoich starań – nie pozostaje im nic innego jak rezygnować z tego co nie do pomyślenia – z nieistniejącego… czymkolwiek by ono nie było…

* * *

W tajemniczej łodzi

Była już ciemna noc gdy postanowili zakończyć tradycyjną zabawę z okazji święta Małego Panka. Na stole dogorywały ogarki świec, talerze błyszczały denkami w oczekiwaniu na kolejne posiłki, które nigdy nie miały nadejść, a w kącie miotły już szykowały się do tańców ze świtaniem… One jedne wiedziały, że koniec imprezy nadchodzi i że już niedługo będą mogły wkroczyć na parkiet i pokazać swoje umiejętności…

Na dworze migocące gwiazdy zalotnie zapraszały rozbawionych gości do nadmorskiego spaceru. Szum morza wzywał wszystkich nocnych rozbitków na brzeg do wysłuchania pieśni starych wilków morskich, wtulenia się w siebie nawzajem i oddania się pod władanie nieustającej szanty odpływu.

Jutro wszystko będzie wyglądało inaczej, ludzie powrócą do swoich obowiązków, zwierzęta ponownie oddalą się na zasłużony odpoczynek, i tylko morze, niczym stary wierny sługa nadal będzie wzywało nad swój brzeg…

Wielka Niedźwiedzica. Krzyż Południa. Koń. Koza.

Całe gwiaździste niebo patrzyło jak Euzeba z Barnabiuszem i kilkunastoma innymi przyjaciółmi śpiewają o starych czasach, o swoich przodkach, o najbliższych którzy już odeszli i tych którzy jeszcze się nie narodzili. W ich głosie słychać było na przemian smutek, żal, radość, nadzieję, zgodę na świat i bunt przeciw niemu…

Ktoś kiedyś powiedział, że wszystko się zmienia i dąży do zmian kolejnych – nic nie dąży do homeostazy… ale słuchając pieśni młodych gniewnych, którzy pogodzili się już z latami które minęły ciężko pogodzić się z myślą, że nie ma na świecie miejsca, w którym spokój i cisza ukoiłyby życia tysięcy… Ciężko się z tym pogodzić…

“Myśl biegnie powoli do brzegu znad morza, myśl słucha mijanych fal, gdzie jesteś najmilsza, gdzie pływasz kochany, gdy ja czekam tu, wiecznie trwam…”

Każdy z nich miał kogoś z kim chciałby się pożegnać, kogoś komu przy ostatnim rozstaniu powiedział “do widzenia, do jutra”, ale jutro nie nadeszło… Każde z nich w duszy opłakiwało stracony czas zmarnowany na zbędne kłótnie o brudny stół, nie zamiecioną podłogę, rozbity talerz, czy przykre słowo. Każde z nich posiadało tę przeraźliwą pewność (niczym nie uzasadnioną), że już nigdy więcej, razem, wspólnie czy nawet osobno – nigdy nie dane im będzie się śmiać…

Była już ciemna noc kiedy zaczęli płakać… Być może pod wpływem nocy, morza, wypitych trunków… a być może po prostu coś w nich pękło… Jak co rok… W wieczór Panka zawsze ktoś pęka i kolejna skała staje się miękką gliną – zdatną do kształtowania. Żadne z nich nie sprzeciwiało się łzom płynącym wprost z serca. Wiedzieli, że taka jest kolej rzeczy i że następnego dnia znów przepoi ich radość.

“Czasami trzeba sobie popłakać” mówiła prawda Małego Panka. Mały Panek był bowiem symbolem wielkiego zrozumienia dla małych prawd. Za życia był skrytym, uczynnym bożkiem – niczym dobry duszek. Zawsze pomagał, nigdy nie odmawiał, nigdy też nie starał się osiągać rzeczy wielkich, gdyż wiedział, że nie ma to najmniejszego sensu. Cała radość pochodziła z tego co miał blisko siebie, z drobnych uczynków i drobnych szczęść. Panek widział wielu większych od siebie, butnych i ambitnych bożków, którzy starali się posiąść wiedzę i umiejętności. Widział i rozumiał, gdyż oni po prostu źle się czuli nie wiedząc gdzie są i po co żyją. Wielcy próbowali odpowiedzieć na pytania nad wyraz istotne, ale zapominali o innych istotnych pytaniach. Czy oczekiwane odpowiedzi warte są poświęcenia? Wielu zapatrzonych w swoje misje życiowe Panów powiedziałoby, że jak najbardziej, ale on wiedział, że to tylko połowiczna prawda, półprawda lub nawet żadna prawda. Bez względu bowiem na to jakie są te najważniejsze pytania i równie najważniejsze odpowiedzi – jedno się nie zmieniało – pytający. Zawsze był ktoś kto pyta… I ten ktoś był dla Panka ważniejszy od samych pytań… Dziś znany jest cały wykład Panka dotyczący podstaw leżących u pytań: “Co możesz zrobić ze swoim pytaniem, ze swoją odpowiedzią? Czy możesz z nimi porozmawiać, poczuć się blisko z nimi związany, wypłakać się w ich ramiona? Czy odpowiedzi i pytania sprawią że staniesz się kimś bardziej “panowatym”? Co zrobisz kiedy odnajdziesz odpowiedź na ostatnie pytanie? Czy wtedy będzie więcej niż teraz? Co jest dla Ciebie najważniejsze? Dlaczego szukasz odpowiedzi? Czy mówi Ci coś stwierdzenie “bieg do mety”? Czy przez przypadek nie chcesz za wszelką cenę osiągnąć mety? Ale co wtedy? Jeśli to naprawdę będzie meta, co zrobisz później kiedy już nic nie będzie? Czy Twoje życie jest dla Ciebie coś warte? Czy to co się teraz dzieje jest ważne? Kiedy już staniesz się jednością ze wszystkim i wszystko zrozumiesz, co wtedy? Czym jest doskonałość do której dążysz?”

Co roku wszyscy uczestnicy uczty Małego Panka zastanawiają się nad tymi pytaniami. I co roku dochodzą do wniosku, że nic im nie wróci dzisiejszego dnia, który właśnie się kończy… I że właśnie dlatego powinni wykorzystać ten dzień na zabawę, na radość bycia z bliskimi, z przyjaciółmi… na radość i smutek, smutek niebycia z tymi którzy odeszli, których nie ma i którzy już nie przeżyją święta Małego Panka… Ale smutek, który przechodzi, gdyż taka jest natura świata w którym żyją, że nie ma takiego powodu, który mógłby wymuszać wieczny smutek na jakimkolwiek Panu.

Barnabiusz i Euzeba dobrze wiedzieli, że choć dziś są razem jutro mogą już nie być, choć dziś są wśród przyjaciół, jutro mogą już nie być… ale wiedzieli też, że choć czasem nie są wśród przyjaciół… Nie wiedzieli jak odpowiedzieć na to pytanie. Nadeszła bowiem pora smutku… Smutek ten, był przejściowy – z czego zdawali sobie dobrze sprawę, i godzili się na niego… wiedząc, że już jutro nadejdzie nowa radość… wiedząc, że radość może się czaić za każdym rogiem – wystarczy ją tylko wypatrzyć…

Ale na razie byli smutni…

“Cóż złego w smutku?” “cóż dobrego w radości?” “cóż obojętnego w obojętności?”

Przeczekali…

A już w klika godzin później te same pytania, które pamiętali przecież, miały zupełnie inny wydźwięk… Zniknął smutek, pozostały tylko pytania… A radość i spokój, które zajęły miejsce żalu pozwoliły im spojrzeć na swoje problemy zupełnie, ale to całkowicie inaczej…

Świat, który rozciągał się przed nimi nie był już światem przyjaciół, którzy odeszli, niespełnionych marzeń i przedwczesnych pożegnań… Ten świat epatował szczęściem… Nie zmieniły się fakty – przyjaciół nie było, zmieniło się uczucie… A może zmieniły się również fakty…

Może przyjaciele na nowo się pojawili w myślach, wspomnieniach, może marzenia wciąż czekały na swój czas…

Świat po święcie Małego Panka zawsze stawał się jakby piękniejszy, bogatszy w nadzieję i serdeczne spojrzenie, zrozumienie bez zasmucenia… Zasmucenie bowiem jak zauważył przed wiekami Panek przemija… “i nie ma związku z tym co się rzeczywiście wydarza – zasmucenie jest cechą naszych organizmów, a nie świata otaczającego, jest jak sen, jak głód, jak zmęczenie nóg po długiej wędrówce, jest chwilowe… i dlatego nie należy się przed nim bronić, nie należy szukać wytłumaczenia we wszechświecie spraw, które tłumaczy nasza bytność na tym świecie… Radość, która także jest stanem też przemija i też wraca… Prawdziwą wartością natomiast jest samo życie – smutne czy radosne – to nie istotne… ale jeżeli pojmie się naturę życia – stanie się ono w pewnym sensie radośniejsze… zrozumienie sprowadzi inną radość, spokój ducha, który pozwoli kontrolować to co ważne… zrozumienie pozwoli zapomnieć o radości i smutku, pozwoli zacząć zupełnie nowe życie… w zupełnie nowym świecie”…

I znowu nastał dzień… I znów słońce zaprosiło swoich przyjaciół do wspólnej wędrówki… mądrzejszych o rady Panka…

* * *

Pamiętam jedną z ostatnich rozmów, które przeprowadziliśmy z Januszem. Siedząc na jednej z ławek w parku… już nie pamiętam na której… upijaliśmy się dyskusją na temat początku i końca tego świata, na temat wartości doczesnych i ponadczasowych. Mówiliśmy o wojnie, o bogu, o ludziach, o tych których kochamy i tych których nienawidzimy… Pamiętam swoje zdziwienie, gdy usłyszałem, że nawet Janusz nienawidzi. Wspomniał o Mateuszu… i o jego przyjacielu. Był smutny, że Mateo (tak go zdrobniale nazywał w chwilach ojcowskiego rozczulenia) wdał się w kontakty z tym człowiekiem, którego uznawał za uosobienie Zła. Myślałem, że w jego ideologii nie ma miejsca na Zło, że uważa, iż Świat jest ponad tym… A jednak wierzył w Zło. Czym ono było? Chyba ingerencją. Janusz nienawidził “głośnych i napastliwych”, którzy narzucają swoje ideały nieświadomym ludziom.

Oczywiście pierwszym moim pytaniem było, czy nie widzi sprzeczności w swoich słowach i czynach… Może nie powinienem był o to pytać…

* * *

– Zastanawiałeś się kiedyś kim jesteś?

– Czasami… często…

– Ja właściwie zastanawiam się nad tym cały czas. Gdybym tylko mógł znaleźć odpowiedź moje życie zyskało by pełnię i wieczność.

* * *

– Czy jestem bytem, który skoncentrował się na tym, aby być człowiekiem i skoncentrował się tak bardzo, że nie potrafi wyjść poza tę „MYŚL”?

Czy też jestem człowiekiem, który ma możliwość zdobycia pewnej umiejętności łączenia się ze wszechświatem, ale możliwość tę ma tylko dlatego, że urodził się z kobiety i mężczyzny i to jest jego podstawą?

Czy też jestem skupiskiem energii, które stało się człowiekiem, ale może przekształcić się w coś innego jeśli zajdą odpowiednie okoliczności?

Czy jestem świadomym bytem, który został człowiekiem – czy przypadkowym skupiskiem energii, która może się przekształcić dzięki temu, że osiągnęła jako człowiek samoświadomość?

Czy zanim byłem człowiekiem byłem „istotą” – bytem myślącym, czy też jest to zasługa mego „człowieczeństwa” – narodzin jako człowieka?

Czy wreszcie byt ludzki jest najwyższym z możliwych do osiągnięcia przeze mnie bytów, czy też jest gdzieś na drabinie czy może na samym dole?

Czy mogę wybierać czy chcę być człowiekiem?

Czy też jestem na człowieczeństwo „skazany”?

Czy jestem na cokolwiek skazany? Czy jestem całkowicie wolny?

Jako kto dążę tam gdzie dążę (jako człowiek, bóg, przypadkowe skupisko, idee, wiązka koncentrująca)?

Czy jestem bytem – odrębnym od pozostałych, czy też po prostu innym spojrzeniem na tę samą rzeczywistość?

* * *

– Ziarenko piasku.

Wszystko odbija się w ziarenku piasku.

* * *

– Czy rzeczywistość jest taka malutka i jedna, że nie ma bytów ludzkich, tylko to co my nazywamy bytami jest spojrzeniem z innej strony, pod innym kątem na tę rzeczywistość?

Rzeczywistość = ziarenko.

* * *

– Czy istnieje możliwość odpowiedzenia na te pytania?

Jeśli tak to jaka to możliwość – co trzeba zrobić by odpowiedzieć?

Kto może to uczynić?

I czy warto?

Czy warto poznać prawdę?

I jak ma się do tego zwyczajne ludzkie życie?

Czy warto poświęcić całe życie by szukać tej jednej odpowiedzi?

Co jest ważniejsze?

Co jest wartością? Wartościowe?

Hierarchia wartości…

Ale kto tę hierarchę ustala – ja: byt, człowiek, skupisko, przypadek?

Kim jestem ja, który ustalam co dla mnie jest wartością?

Czy wartości mogą się zmieniać w moim życiu wraz z dorastaniem?

Na ile mogę być ich pewny i pewny w ogóle, odpowiedzi których udzielam, które odnajduję?

Czy mogę mieć różne hierarchie w zależności od tego czy postrzegam się jako byt, człowiek, idea?

Czy mogę być i bytem i człowiekiem i bogiem i skupiskiem?

Kim jestem? podstawowe pytanie ludzkości…

* * *

Czy znalazł odpowiedź?

Chyba tak… Czy dobrą? A kto może się pokusić o jakiekolwiek stwierdzenie w tej kwestii?

Myślę, że był szczęśliwy kiedy umierał… Może.

* * *

– Kultura, tradycja, wiedza, wiara, przesądy, etc. Tysiące zastanych przez nas sytuacji. Od narodzin do śmierci. Zawsze zapośredniczeni. Zawsze zakorzenieni. Zawsze wolni… w granicach wiary. Wiary w boga, wiary w ludzi, wiary w siebie, wiary w dobro lub zło. Zawsze.

Spoglądam na świat przez szybę… złudzeń i wyobrażeń. Spoglądam i wierzę, że to ja… Że to ja spoglądam na ten cały świat za oknem… Że to naprawdę jestem ja… Niestety… już w to nie wierzę.

Zazdroszczę ludziom, którzy nie zastanawiają się nad najgłupszymi pytaniami istnienia – najgłupszymi, a jednak najbardziej cenionymi. Filozoficznymi. Egzystencjalnymi. nymi, nymi, nymi. Skąd pochodzimy? Dokąd zmierzamy? Kim jesteśmy? Gdzie jesteśmy? Czy jesteśmy? Po co jesteśmy? Jacy jesteśmy? Zazdroszczę, choć nie wiem czy znalazłbym tego, któremu mógłbym zazdrościć. A jeżeli bym go nawet znalazł – to czy wtedy też bym mu tak zazdrościł…

Temat rzeka – z wiecznym i odwiecznym źródłem nieokreśloności. A może to tylko złudzenie. Może wszystkie odpowiedzi leżą przed nami na srebrnej tacy… tylko my – za bardzo zadufani w swojej błogiej niewiedzy i „nieupragnieniu” mądrości twierdzimy, że odpowiedzi tych… na których najbardziej nam przecież zależy… nigdy nie uzyskamy. Bezsensowny świat sensu bezsensu ma jakiś jednak urok, jakiś sens… mizerny… Ale wystarczający, stwarzający pozory zbawienia. Pozwalający dotrwać do pierwszego… Do pierwszego mleczaka. Do pierwszego dnia w szkole. I do pierwszej miłości. I do pierwszej mądrości. Do pierwszego orgazmu. Do pierwszego marazmu. Do oznaki starości. Do ostatniej słabości. Do pierwszego oddechu… za bramą.

Bez sensu… Kwitnący bez „sensu”. Bez „sensu bezsensu”. Piękny jest jego kwiat.

Ale nie o tym chciałem…

Zastanawiałem się kiedyś nad tym jak wygląda świat. Do niczego nie doszedłem, ale stworzyłem sobie na własny użytek pewną wizję. Wizja ta pomogła mi faktycznie przeżyć kilka lat w miłym stanie spełnienia. Niestety – „nic nie jest wieczne”. Moja wizja po pewnym czasie umarła śmiercią tragiczną – pamiętam, to była letnia czerwcowa noc. Brak snu owej nocy okazał się nad wyraz szkodliwy. Wystarczyła chwila nieuwagi – i znalazłem się po drugiej stronie. Moje życie po raz kolejny stanęło na głowie, a ja nic nie mogłem na to poradzić. Przerażająca myśl, która wykluła się z niewinnej zabawy w skojarzenia sprowokowała lawinę nieokrzesanego zwątpienia. Tysiące przeinaczeń, wypaczeń, syntez i antytez przewalając się z łoskotem przez moją małą, niewinną główkę, przez tyciutki umysł – spowodowało niepowetowane straty dla mojego intelektu. Zaburzenie całego dotychczasowego systemu wartości było zaledwie początkiem spełnienia się apokalipsy. Dziś wspominam z rozrzewnieniem tamtą noc, która wtedy graniczna, dziś wydaje mi się jedynie delikatnym powiewem nicości. Przez następne kilka lat umysł mój miliony razy pokonywał przepaści absurdu skacząc nieświadom w coraz większą pustkę. Chaos stał się bratem siostry myśli, a świat dalekim kuzynem od dawna nie widzianym na oczy.

Ale to wszystko dziś jest już tylko przeszłością.

W kilka lat po owej pamiętnej nocy, pierwszy raz od wieczności uwierzyłem, że świat jest jednak piękny. Na swój specyficzny i czasami chory sposób, ale jednak piękny.

Dlaczego zacząłem w to znowu wierzyć? Otóż dlatego, że doszedłem nad ostatnią krawędź, którą bynajmniej nie jest śmierć jak się to większości wydaje, doszedłem i postanowiłem zawrócić. Pierwszy raz w życiu nie skoczyłem. Uznałem, że nie warto. Zobaczyłem. Już wiem co jest za tą przepaścią, za granicą pomiędzy wiedzą a niewiedzą. Tam jest… Nie, hmm, nie mogę tego powiedzieć. Tam jest niewypowiedziane… Tam jest prawda…, ale prawda jest tutaj. Skok nie miałby najmniejszego sensu… ponieważ już tam skoczyłem… Nie skacząc – skoczyłem. Jednocześnie znalazłem się po dwóch stronach przepaści. Nie jak zawsze, albo tu albo tam. Ja byłem, jestem, i już zawsze będę i tu i tam. Mistycy nazwaliby to transcendentnym złączeniem z Wszechbytem – ja mówię, że jest to ostateczne złączenie z Nicością. Lecz oczywiście Nicość ta nie oznacza tego, za co uchodzi wśród ludzi. Nicość jest drugą stroną Wszechności. Dualizm jest formą Istności. Abstrakcja. Zrozumienie. Iluzja. Prawda. Mądrość. I tysiące innych – wszystkie. A jednocześnie żadna z nich. Czas i bezczas. Byt i niebyt. Prawda i fałsz. To wszystko dwie strony tej samej monety. Materia i antymateria. Korpuskuła i fala. Świat. Przepaść.

Wyobraź sobie czterowymiarową czasoprzestrzeń, w której nie ma ani czasu, ani przestrzeni; ani dobra, ani zła; miłości, ani nienawiści. „Świat” poza dobrem i złem.

Wyobraź sobie „świat”, którego jedynym ograniczeniem jest brak ograniczeń, a jednocześnie niczym nieograniczone ograniczenie. To Ty. Jesteś tym „światem”. Zapomnij o tym co podpowiada Ci Twój umysł, zapomnij o całej wiedzy, kulturze, wierze, przesądach i tradycji. Istnieje tylko to co pragniesz, żeby istniało. Nie ma ograniczeń. Są ograniczenia. To Ty.

Jeżeli chcesz kochać – kochaj; jeżeli wybierasz nienawiść – nienawidź; jeżeli wybierasz, że nie będziesz wybierać – nie wybieraj. Cokolwiek uczynisz – wszystko jest bez znaczenia. Cokolwiek uczynisz – wszystko staje się znaczeniem samym w sobie. Czyniąc nie czynisz. Nie czyniąc czynisz. Jesteś po obu stronach jednocześnie. Masz tyle lat ile pragniesz, a jednocześnie pragniesz mieć tyle lat ile masz. Jesteś jednocześnie dzieckiem i starcem, mężczyzną i kobietą, Wszystkim i Niczym, Sobą i Innymi. Oni też są Tobą. Wszyscy jesteście. Nikogo z Was nie ma. Czysta forma. Czysta treść.

Abstrakcja.

Ale nie o tym chciałem…

Spróbuj sobie wyobrazić swoje czyny wobec czynów „wszechświata”. Twoje „ja” nie istnieje z punktu widzenia „materii” wyższej. Niektórzy nazywają go bogiem, inni wielkim duchem, a tak naprawdę nikt z nich nie ma racji. Nikt z nich nie widział go, nikt go nie zobaczy. Jego nie ma. On. Po prostu On. Ani tu, ani teraz, ani jest, ani nie ma. Po prostu On. To. Patrząc z Tego punktu widzenia – Ciebie nie ma. Nikogo nie ma. To więc co czynisz nie istnieje, a jednocześnie nie przeminie. Będzie trwało na wieki w swojej nieistności. Będzie „Świat”.

Wychowanie. W kulturze, tradycji, wierze, wiedzy, prawdzie. Korzystaj z tego co poznałeś, ale nie ograniczaj się tym. Za każdym razem kiedy coś uczynisz zastanów się co uczyniłeś. I nie zadowalaj się odpowiedzią. Pytaj i szukaj dalej. Nic nie znajdziesz. Bo nigdy niczego nie zgubiłeś. Jesteś mądrością. Jesteś uczuciem. Jesteś.

Wyszedł rano. Tego poranka zdarzyło się coś o czym pamiętał przez całe swoje dotychczasowe życie. Dziś poznał swoją pamięć. Przyszłość przeszłości stała się teraźniejszością. Wszyscy mówili później o nim – ten który…

Ostatni klucz. Zdobył. Więcej kluczy zdobywać nie musiał. Więcej krawędzi po drodze nie spotkał. A ta ostatnia była także pierwszą.

Życie z wszystkimi kluczami jest nie do zniesienia dla kogoś kto dostał je przedwcześnie. Wiedza… Za dużo jej…

Większość ludzi twierdzi, że jest jakaś prawda. Każdy z nich ma jakąś wizję owej prawdy, ale żaden nie zbliża się do niej nawet na milimetr. Kilka osób twierdzi, że nie ma obiektywnej prawdy, że coś takiego nie ma prawa istnieć. Oni też nie zbliżają się do owej prawdy. Jeszcze inni twierdzą, że nawet jeśli prawda istnieje i tak jej nigdy nie poznamy, więc nawet nie warto szukać – można sobie stworzyć własną. Są i tacy, którzy twierdzą, że już poznaliśmy prawdę, lecz przestraszyliśmy się i uciekliśmy. Wszyscy zaś którzy szukają, bądź myślą na ten temat są ludźmi. Czy jednak aby na pewno? A tak w ogóle – to czy dylemat prawdy istnieje naprawdę, czy to pojęcie ma jakieś znaczenie? Czy warto poświęcić życie „kochając naukę”, czyli innymi słowy szukając prawdy od rana do nocy. W jakim celu? Czy warto za to umierać? Niektórzy pragną tej prawdy tak bardzo, że wierząc, iż kiedyś poznają ją pewnie – wybierają przepaść, kolejną, martwą, lecz niepewną wiecznie. Zapożyczeni przez życie na moment – sami zwracają to co otrzymali, tłumacząc sobie to drogą wolności i ceną prawdy, którą poznać pragną. I to ich wybór. Lecz nie jest on wolny. Kultura, wiedza, nauka, tradycja – wciąż ich krępują, więc gdy wybierają są ciągle ludźmi i ludzki ich wybór. Dla „świata”…

Jakiej odpowiedzi Wy wszyscy szukacie? Po co? W jakim celu? I w co wierzycie? I dokąd zmierzacie? Skąd tu przybyli jesteście – spragnieni? Mądrości?

Nie znalazłem odpowiedzi. Ale ciągle wspominam tamtą letnią noc. Była naprawdę piękna. I choć przyniosła, co przynieść musiała – mnóstwo radości także z sobą wiodła. Niestety tylko chwile owe cudne zbyt rzadko słodzą ciągłe walki z prawdą. A tamta przepaść wcale nie ostatnia. Bo postostatnia już się pojawiła…

* * *

Czy był świrem? A może mistykiem? Jakże bowiem niedaleko przebiega granica…

* * *

wszystko już zostało powiedziane… teraz pozostaje życie… życie i mówienie to jedno… życie i życie to zupełnie co innego…

* * *

każdego dnia mogę okazać się za słaby by „temu” sprostać… Ale każdego dnia mogę okazać się wystarczająco silny… A każdego następnego mogę spróbować raz jeszcze…

* * *

nie wszystkie odpowiedzi są we mnie drogi Sokratesie. Niektóre z nich są w innych ludziach.

* * *

„zapraszam na wycieczkę w ogrody szaleństwa” powiedział mistrz do ucznia. „Zapraszam na wycieczkę do normalności” odrzekł na to uczeń i zamienili się miejscami…

* * *

kiedy osiągniesz już wszystko… radość mogą ci sprawić tylko rzeczy małe… kiedy zostaniesz bogiem, będziesz się mógł cieszyć tylko z codzienności…

* * *

wiedzieć, znaczy mieć o sobie wysokie mniemanie… wierzyć, znaczy zdawać sobie sprawę z bycia jedynie człowiekiem… i aż człowiekiem…

* * *

już dawno dorośli, dojrzali. Z dnia na dzień mądrzejsi o nowe doświadczenia. Z dnia na dzień napotykamy nowe, z którymi uczymy się dawać sobie radę. Wiecznie z nadzieją, że prowadzi to do upragnionego celu…

* * *

potrzeba sensu życia w pewnym momencie życia staje się bardzo sensowną potrzebą…

* * *

nadejdzie w końcu taki dzień, w którym ściana się nie cofnie. Nadejdzie kiedyś moment odpowiedzi na pytania „Profesora”… Właściwie… ten dzień już nadszedł. Zawsze bowiem „dziś” zdajemy egzamin…

* * *

początki i końce… końce i początki… a życie trwa… to właśnie życie – wieczne trwanie od początku do końca… poprzez początki i końce… końce i początki… poprzez trwanie do wieczności…


ROZDZIAŁ OSTATNI. DZIEŃ PRÓBY.

– Bartku, chodźmy już.

Od jakiegoś czasu mieszkaliśmy razem. Dziś u Janusza miało być przyjęcie urodzinowe. Nikt nie chciał mi powiedzieć czyje to urodziny, ale wyglądało na to, że kogoś ważnego, gdyż miała się zjawić cała śmietanka… A może się domyślałem…

– Jesteś gotowy?

– Tak.

– Chodźmy więc.

* * *

Adam, Mateusz, Jacek i Agata z Zosią, Milena, Aga, Janusz i kilka innych osób bliskich Januszowi. Co ja tam robiłem, tego nie wiem. Nie pasowałem tam, teraz wiem to na pewno.

Ostatnia wieczerza – to chyba jakoś tak musiało wyglądać. Pięknie zastawiony stół, wszyscy odświętnie ubrani, oczekujący na to co ma się za chwilę wydarzyć. Przepełniony smutkiem i obawą usiadłem do stołu.

Ludzie, których kochałem… Nie potrafiłem nic zrobić. Nie znałem zaklęcia, które mogłoby ich przekonać do połknięcia czerwonej pigułki. Czułem dreszcze, które narastały w moim ciele… oczy powoli zachodziły łzami, jakby nie mogły doczekać się nieuniknionego.

Walka z Czasem – walka o życie

Prawda Panka

Euzeba i Barnabiusz

Wszystko to nabierało całkiem innego wymiaru – wymiaru ostatecznego. Słowa, które dawniej uznawałem za wspaniałe wyzwania w tym jednym momencie przekląłem. Dlaczego?

Dlaczego???

Dlaczego uwierzyłaś?

Kochałem cię.

Dlaczego uwierzyliście?

I dlaczego zostawiliście mnie bez wiary, bez przyjaciół, bez życia?

Nie wierzyłem. I nadal nie wierzę. Nie wiem. Boję się. Na mnie jeszcze nie czas.

Zgadzam się. Macie prawo. Mieliście. Ale gdzie teraz jesteście? Gdzie mam Was szukać?

Ale wiedziałem swoje.

Wiedziałem, że jest jeszcze wiele do zrobienia. Wiedziałem, że świat się zmienił. Że po tym co usłyszałem nie mogę iść z Wami, bo mam tu jeszcze coś do załatwienia. Ktoś musi…

Miałaś przyjaciół i świat.

Miałaś mnie.

Odeszliście wszyscy.

I Ty i świat…

i przyjaciele…

A ja zostałem sam.

Dlaczego wybrałaś coś czego nie rozumiem?

Dlaczego nie mogliśmy tego jeszcze raz przedyskutować, dlaczego nie mogliśmy wybrać czegoś innego, odłożyć decyzję…

Dlaczego?

* * *

Do widzenia przyjaciele…

Do widzenia Januszu.

Bardzo wiele się od Ciebie nauczyłem.

Do widzenia Adamie.

Twój spokój pomaga mi w trudnych sytuacjach.

Do widzenia Jacku, Agato, Zosiu – dzięki Wam już wiem jak warto żyć.

Do widzenia Mateuszu, opiekuj się Januszem i bądźcie szczęśliwi.

Do widzenia ukochana!

Pamiętam…

Dawniej… dawno temu… spotkałem dziewczynę, w której się zakochałem…

To byłaś Ty…

KONIEC.

Jedna łza zrozumienia.






z prekonstrukcji .:. (koty) .:. (zwyczajne życie) .:. (o) .:. w drodze .:. (bo) .:. we fragmentach .:. (wykład) .:. (rekolekcje) .:. (szczęście) .:. (komplementy) .:. (próba) .:. -z-